sobota, 4 czerwca 2011

Wiele razy zastanawiałem się...

... jak będzie wyglądało moje życie za 10 lat. Cóż będę robić i gdzie? Wbrew wszelkim przekonaniom tego typu refleksje nas - mężczyzn - nachodzą nie tylko podczas żmudnego procesu odurzania się alkoholem. Właściwie to nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. Niegdyś zapuszczony myśliciel w białym prześcieradle i sandałach, następnie zgarbiony klecha w worze pokutnym, a teraz ja, w koszuli Wranglera, staram się uporać z tym pytaniem. Szukam odpowiedzi, choć wydaje się ona bardzo prosta - wystarczy przeżyć dekadę i przekonam się, co po niej mnie czeka... Łatwo jest tak powiedzieć.
 
Kiedyś, wracając jak zbity pies z podkulonym ogonem do Krótkiego Miasta, zajrzałem do pewnego baru na prowincji. Bar jak bar, raczej speluna, ale poczułem się zmęczony i nigdzie nie miałem chęci się stamtąd ruszać. Rozejrzałem się. Wybrałem stolik w kącie, przy którym usiadłem zwrócony plecami do ściany, by mieć cały lokal na oku. Poza mną był tam tylko barman i dwóch zniszczonych pegeerowców z pobliskiego osiedla popegeerowskiego. Siedzieli osobno i patrzyli w telewizor zawieszony pod sufitem ze styropianu. Jeden pięćdziesiątkę chlup! i popił piwem. Powtórzył zestaw kilka razy, aż przestał rozumieć, o co w tym serialu chodzi. Drugi w czapce, już dawno piwo wypił, wpatrywał się smutno w pustą butelkę, czasami potrącił, zakołysał z nadzieją, że barman się ulituje i postawi na krechę. Drugi podszedł do niego ociężałym krokiem skazańca i rzekł: "Cały, kurde, gibałem w pieczarkarni, na czarno obornik wyrzucałem, dostałem, kurde, 30 zł i oddałem barmanowi za te, kurde, wszystkie piwa, co je piłem ostatnio na krechę. W kieszeni, kurde, pusto, kobieta, kurde, zrobi piekło. Najlepiej by się upić, ale, kurde, za co?" Patrzyłem na nich i przysłuchiwałem sięcałej rozmowie. Zastanawiałem się, czy również starzejąc się z dnia na dzień, nadejdzie taki moment, że stanę kością w gardle rzeczywistości jak ta dwójka z wiejskiego baru. Wielu powie, że nie!, że pozytywne myślenie się liczy, że wszystko zależy ode mnie. Większe bzdury można usłyszeć jedynie w kościele.
 
W życiu tak już jest, że nieznośne przypomnienia uśmiercane dzień za dniem powrócą ze zdwojoną siłą po krótkim czasie. Z moimi nie jest inaczej. Chyba najbardziej szczęśliwy poczułbym się, gdybym w tej chwili sracił pamięć tak, żebym nie pamiętał tego, co przeżyłem przez kilka ostatnich lat. Pewnie nie dożyję czasów, kiedy ludzkim mózgiem będzie można sterować pilotem. Póki co tworzy się krzyż pamięci. A moje ciało rozpostarte na nim. Bez przerwy odnoszę wrażenie, że nie wyjeżdżałem z Krótkiego Miasta nawet na chwilę, a przecież nie było mnie przez dłuższy czas. Wydaje mi się, że jestem tutaj od zawsze. Ile kroków musiałbym policzyć, by dobrnąć do początku. Ile kroków musiałbym sobie przypomnieć. Cały miniony czas mnożony przez aktualną minutę. Nieskończoność minut. Nieskończoność cierpienia. Uporczywe tykanie zegara, którego nieustanne próby cofania pełzną na niczym. Czasem zagłębiam się w myślach, wchodzę głęboko w swoje ciało. W cichy, wilgotny ślizg kości w stawach. W bulgotanie krwi, w jej chlupot na zakolach arterii. W szelest mięśni przesuwających się pod skórą. Jestem od zbudzenia do zaśnięcia. Jednego pragnę najbardziej - pamięć za dnia oddać do biura rzeczy znalezionych, do biura rzeczy zbędnych i nie moich...
 
Bez przerwy mam w głowie datę 23 marca. Wszędzie 23. Dwójka z trójką. Dwójka przed trójką. Trójka po dwójce. Jak na ironię mieszkam pod numerem 23. Blok obok, w którym mieszka Dżosef, ma numer 23. To data zarówno wspaniała, jak i dość przykra. Nigdy dotąd nie wiązałem w żaden sposób jakiejkolwiek daty z człowiekiem. Poza tym jednym wyjątkiem - D., żywy symbol mojego niespełnienia. Nie mam pojęcia, dlaczego ta data tak bardzo kojarzy mi się z tą dziewczyną. Przecież nic tego dnia nie miało miejsca, nic się nie stało, w loterii głównej nagrody nie wygrał kupon, który bym otrzymał od niej, nie usłyszałem jej delikatnego kobiecego głosu w słuchawce telefonu ani nie ujrzałem jej pięknego uśmiechu, a mimo wszystko, gdy pomyślę o niej, przed oczami jawi mi się smukła dwójka i nieco wypukła trójka. Na szczęście moją nadzieję na całkiem jeszcze przyzwoity stan psychiczny ratuje fakt, że 23 marca D. przyszła na świat.
 
W Krótkim Mieście bardzo rzadko jeżdżę autobusami Miejskich Zakładów Komunikacyjnych. Miasto to można przejść piechotą w ciągu 20-30 minut. To jeden z jego plusów. Kilka dni po 23 marca, jeszcze przed końcem tego miesiąca, nadarzyła się okazja, żeby zasiąść w takim niebywale interesującym pojeździe. Interesującym ze względu na jego "zawartość", którą przewozi przez większą część dnia. Czekałem ergo na moim osiedlu pod wiatą, ostro wiało. Stałem tak i patrzyłem na tę wiatę, która dzielnie chroniła mnie przed gniewem natury, która niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi w postaci silnego wiatru podkreślała swoje niezadowolenie z obecności człowieka na Ziemi. Była to wiata idealnie wkomponowana w krajobraz miejski, na jednej ze swoich ścian dźwigała skrót "HWDP", na drugiej numer telefonu komórkowego niejakiej Jolki (z adnotacją, że jest "dziwką, ale dobrze robi dobrze"), zaś trzecia ściana mizernego przystanku pokryta została graffiti przedstawiającym herb miejscowej drużyny piłkarskiej z jej nazwą napisaną gotycką czcionką. Gdy na to spojrzałem, wreszcie poczułem, że naprawdę jestem w domu. Niestety. Tymczasem nadjechał długo oczekiwany autobus, który, gdyby nie blacha, jaką był obudowany, przypominałby prędzej dyliżans albo stodołę na kołach. ... Nie mogło być inaczej - autobus linii 23.
 
Autobus widmo. Zająłem miejsce na końcu, żeby mieć widok na dwanascie osób, które podrużowały wraz ze mną. Nie chcę sobie schlebiać, ale domeną człowieka intensywnie myślącego jest obserwacja najbliższego otoczenia. I tak się składa, że obserwowanie ludzi i zastanawianie się nad nimi jest jednym z ciekawszych zajęć, którym oddaję się nader często. Już nie w zastygłej w pozach jesieni autobus pędził po brzegi wypchany zmeczeniem. Ja w środku. Siedziałem zamyślony. Ludzie jak duchy, niby byli, ale ich nie było. Styrani całym dniem w pracy wracali urobieni po szyję do swoich domostw. Twarze przykryte cieniem, smutkiem, bezradnością. Tamtego dnia stanowiłem część tej zrezygnowanej gawiedzi. Różniłem się od nich tylko tym, że ci ludzie dokądś jechali, do swoich domów, rodzin, a ja jechałem bez celu, tak po prostu, żeby się przejechać. Dzierżąc w dłoni jasnopomarańczowy bilet myślałem nie o ludziach z autobusu, nie o tym, co widziałem za pokrytą reklamami szybą, ale właśnie o D.