środa, 23 marca 2011

Stojąc przed gmachem mrocznego dworca...

... mając go za plecami wystarczy skierować się w prawo i przejść kilka ulic, aby dotrzeć do mojej Mekki, miejsca przeznaczenia, siedziby Dobra i Zła, piekła na Ziemi - mojego osiedla. Mając świadomość, że zły to ptak, który własne gniazdo kala wysilę wszystkie swoje zmysły, które posiadam, i których nie posiadam, żeby tylko powstrzymać się od zjadliwego opisu najbardziej znanej mi części miasta.

Doskonale wiedziałem dokąd mam się udać w ten marcowy dzień. Za oknem w temperaturze dwunastu stopni Celsjusza ujadało Krótkie Miasto. Słońce, błękitne niebo. Ciepło jak na marzec. Program dnia zapowiadał się następująco: zażegnać fenomen obojętności świata. Wbrew pozorom nie ma na to zbyt wielu sposobów. Nauczony wieloleynim doświadczeniem, żyjąc grubo ponad dwie dekady (co najmniej o jedną za długo), mając w pamięci nauki płynące z opowieści mojego dziadka wiem, że są dwa skuteczne sposoby na zażegnanie fenomenu obojętności świata, a są nimi: alkohol i kobieta. Choć raczej kobieta i alkohol... Zresztą mniejsza o kolejność, oba te pojęcia są bliskoznaczne, są niemal że synonimami. W każdym razie jak świat światem, nikt dotąd nie wymyślił trzeciego sposobu. Jako że bogatego wyboru nie miałem, a jakby tego było mało, z tych dwu możliwości zdecydowanie odpadała jedna, więc jasne było dla mnie, iż tego pięknego wiosennego dnia pozwolę się pochłonąć tylko jednej sile - alkoholowi. A jeśli browar pod chmurką, to w doborowym towarzystwie.

Dżosefa poznałem zanim poszedłem do szkoły - ba! - zanim moja mama wyrządziła mi największą krzywdę, jakiej nie zaznałem przez kilkanaście następnych lat, a mianowicie Dżosefa poznałem zanim poszedłem do zerówki. Były to czasy zupełnej beztroski, czasy lajtowe, jak mówią teraz młodzi, czasy nakładania rajstop zimą, czasy nauki jazdy na rowerze, a więc czasy obdartych kolan i łokci, mikroskopijnych czarnych, słonecznikowych pestek w matowej folii, gumy turbo i na chybcika konstruowanych proc. Zakumplowaliśmy się, siedzieliśmy w jednej ławie i w podstawówce i w gimnazjum. Kradliśmy jabłka z sadu przy kościele, podglądaliśmy dziewczyny przebierające się w szatni przed lekcją wychowania fizycznego i fakt, że wówczas jeszcze nie było się czemu przyglądać nie miał dla nas żadnego znaczenia. Tak minęły nam podstawówka i gimnazjum. Dzieciństwo moje było różne - raz dobre, innym złe. W końcu przyszedł czas, kiedy miejsce proc w naszych rękach zajęły butelki piwa i... nagle dzień, który chylił się ku końcowi, zyskiwał dodatkowe godziny. Wieczór, który był już prawie nocą, stawał się wczesnym wieczorem. Uwielbiałem późne powroty do domu i przedłużone wieczory z browarkiem w ręku, wpatrywanie się w panoramę miasta, którego nienawidziłem kochać i kochałem nienawidzić. Jednak nigdy potem nie udawało mi się tak swobodnie ogrywać czasu jak w dzieciństwie, zanim przekonałem się, że życie potrafi dać w kość, jeszcze przed szkołą średnią.

Idąc do Dżosefa, jak zwykle, minąłem wilgotny mur z obsypującym się tynkiem, ruszający z przystanku zatłoczony autobus. Trzej od lat nietrzeźwiejący kloszardzi kolebali się na krawężniku i spokojnie odprowadzili mnie mętnym wzrokiem. Kiwnąłem głową na przywitanie, bo wszyscy kiwali, mimo że każdy wyzywał ich od meneli, narzekał, że się opieprzają i tylko piją, ale każdy ich znał. Owa alkoholowa trójca stała się stałym elementem krajobrazu osiedla, jakby byli wmurowani w podłoże. Nikt z tutejszych nie dziwi się, że bez przerwy siedzą na styku ulic, z pewnością zdziwiliby się, gdyby pewnego dnia ich tam zabrakło.

Gdy dobiłem do celu, Dżosef właśnie wychodząc zamykał za sobą drzwi klatki. Średniego wzrostu, ogolony na zapałkę, częsty bywalec siłowni i amator kapieli w basenie, owinięty w ciemne łachy, tylko bluza z ptbullem na przedzie szarego koloru i czarna wiosenna katana narzucona na wszystko - everyman z krainy nędzy i rozpaczy. Tamtego dnia wyjątkowo obok stałego atrybutu, czyli dwóch czerwonych sześciopaków chmielonego napoju z mitycznego źródła Warki, jakie dzierżył w rękach, na twarzy miał przyklejony przygłupi uśmiech.
- Co się tak szczerzysz? Nie powiesz chyba, że stęskniłeś się za mną - rzuciłem na powitanie.
- To też, ale śmieję się, bom wiedział, że własnie wrócisz przed dzisiejszym dniem i właśnie dziś będziemy pić browara w naszym królestwie - rzekł zataczając łuk ręką jak pan chwalący się swoimi włościami.
- Co ty pieprzysz?... Piłeś już dziś. Beze mnie!? - krzyknąłem z przerażeniem w głosie.
- Nie. No Gabry, nie rób mnie w konia. Przecież wiesz o czym mówię - odpowiedział urażony.
- Nie, nie wiem! - warknąłem, bo czułem, że Dżosef za dobrze mnie zna, żebym mógł coś przed nim ukryć.
- Hmm... - celowo, z przesadną wyniosłością - Otóż mój niezawodny umysł i rozum mówią mi, że chcesz pogadać, bo dziś są urodziny D., boskiego ucieleśnienia twojej Nadziei i zarazem życiowego Niespełnienia. Skoro tutaj jesteś, mój przyjacielu, to znaczy, że dostałeś kolejnego kopa w dupę od losu i chcesz ujarzmić ból tym oto niebiańskim nektarem - wyjaśnił i z denerwującym uśmieszkiem podniósł sześciopak na wysokość głowy.
Spojrzałem na niego bez słowa. Dżosef też zamilkł, bo nie chciał przesadzić. Wziąłem od niego połowę "bagażu" i w milczeniu poszliśmy przed siebie.

poniedziałek, 14 marca 2011

A była ona długa i kręta...

... podobnie jak droga, którą przeszedłem, by po ponad dwudziestu latach znaleźć się w punkcie wyjścia. Nie wiem, jak inni urodzeni tutaj, ale mógłbym przysiąc, że zawsze gdy idę przez Krótkie mam wrażenie, że ono się nie zmienia. Te osiedla, ulice są jak skamieniałe szczątki jakiegoś prehistorycznego giganta, które mimo upływu milionów lat zachowują swój ogólny kształt. Nieraz próbowałem zapomnieć o jego kształtach, ale okazało się to trudniejsze niż myślałem - miejska topografia, rozkład ulic, budynki, przejścia dla pieszych - te, przypominające klawisze ukochanego instrumentu Fryderyka, i te niedozwolone, a nawet krzywe chodniki, zapadnięte niczym usta stulatka krawężniki i dziury w jezdniach jak w uzębieniu dziesięciolatka zapamiętałem z dokładnością, której nie powstydziłby się niejeden geniusz z fotograficzną pamięcią. Byłem bezsilny. Wszystkie te detale wryły mi się w mózg do tego stopnia, iż podejrzewam, że ani depresja, ani schizofrenia - ba! - doszedłem do tak paradoksalnego wniosku, że nawet zanik pamięci nie spowoduje wywietrzenia z mojego umysłu krzywizn, błędów ludzkiego intelektu, niedopatrzeń inżynieryjnego oka, braku gustu ściennych malarzy, które składają się na niedokładną precyzję funkcjonowania Krótkiego Miasta.

Wsunąłem ręce w kieszenie kurtki i ruszyłem przed siebie. Z każdym krokiem coraz bardziej przerażony, bo co krok, to deja vu: jeszcze na swoim osiedlu mijam kiosk u Żyda i już z zakamarków mej pamięci wyłania się obraz, jak w podstawówce z kumplami chodziliśmy do niego kupować draże czekoladowe i kokosowe, a że dziadek w ciemnej odchłani kiosku nie zawsze dobrze widział czy gówniarz podskakujący do okienka daje mu odpowiednią kwotę, brał jak popadnie i w zamian wręczał nam nasz upragniony zakazany owoc, na sam widok którego we wczesnym dzieciństwie się trząsłem. Dziś młodzi w podstawówce trzęsą się tak na widok puszki taniego browaru i papierosa, który jest na wyciągnięcie ręki - u dwa lata starszego dilera sprzedającego je na sztuki.

Nic to, poszedłem dalej, ze zniechęceniem graniczącym z odrazą, bo ile razy można patrzeć na to samo, nawet jeśli patrzy się oczami wyobraźni. Szedłem przed siebie. Nade mną niebo niskie, mętne, z bliznami niedobrego blasku. Wokół mnie ludzie jak zawsze przytępieni. Na twarzach przechodniów zimny odcień rtęci. Za kierunek obrałem centrum mojej mieściny.

Krótkie Miasto, pomimo kilku miejsc, do których warto zajrzeć, nie działa jak magnes na turystów. Trudno im się dziwić, że zazwyczaj szerokim łukiem je omijają. Chociażby sam dworzec przeraża do tego stopnia, że gdyby wysadzić na nim przybysza z wielkiego świata, uciekł by z krzykiem rozbijając się o pierwszą lepszą ścianę. Pusty, zimny, zdewastowany, z połamanymi ławkami, trzeszczącymi głosnikami i czasomierzami z pożółkłymi tarczami, pamiętającymi zapewne jeszcze czasy I Sekretarza, symbolu dobrobytu i dostatku, który chyba do dziś dzieciom kojarzy się z cukierkiem. Nocą lepiej tu się nie zapuszczać, ponieważ perony do złudzenia przypominają miejsce zbrodni z kręgami pomarańczowych świateł bijących z nielicznych latarni.

Sam budynek dworca nie wygląda lepiej. Jego wnętrze oferuje jeszcze ciekawsze rzeczy. Jakimś cudem włodarze PKP uzyskali klimat rodem z filmów Hitchcocka. Krótko mówiąc: brud, smród i żuleria. Gdyby nie konieczność kupienia biletu, nikt by tam nie zaglądał. Dwie kasy, a w nich kobiety popijające herbatę i zawsze gotowe powiedzieć: "Nie! Przechodzić proszę, bo kolejka się tworzy". Choć szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy w Krótkim jest ktokolwiek, kto pamięta kolejkę po bilet na dworcu. Każdy, kto skieruje się do miasta, musi przejść przez budynek dworca, a tam zostanie przywitany przez delegację meneli, stałych bywalców tego reprezentatywnego budynku. Brudni, obdarci, poobijani, opuchnięci, pijani zaczepiają, by poprosić o drobne wiadomo na jaki cel. Czują się swobodnie, są u siebie, to ich królestwo i nawet SOK-iści nie są w stanie ich przepędzić, co najwyżej obudzić, gdy śpia na ławkach.

Gdy już przedzie się na bezdechu przez przejście podziemne i wyjdzie na zewnątrz, ukazuje się Krótkie Miasto w całej swej okazałości, wraz ze swoimi mieszkańcami, którzy upodabniają się do miasta, nie odwrotnie. Ono ich wchłania, wkomponowuje w swój plan i coraz głośniejszy rytm. Ono zawiązuje ludzką pamięć na supeł.