sobota, 23 kwietnia 2011

Każdy człowiek...

... powinien znać miejsce, gdzie mógłby przyjść o każdej porze dnia i nocy, usiąść i nie robić nic poza myśleniem o tym i owym. Malutki skrawek ziemi wyłącznie dla siebie, tylko ja i cisza. Należę do tych szczęśliwców, którzy mogą pochwalić się właśnie znajomością tego typu osobistego azylu. Sądząc po braku śladów żulerskiego obozowania nie wiedzą o nim obdarci miłośnicy nocowania pod chmurką. Nie wie o nim nawet Dżosef, któremu się wydaje, że o mnie wie wszystko. Nie wie nikt. Gdy odkryłem to miejsce nie posiadałem się ze szczęścia, bo o tajemnicy skrywanej wyłącznie dla siebie czytałem jedynie w książkach. Nie sądziłem, że prawdziwy sekret może zapukać do moich drzwi. Brak zgniecionych puszek, niedopałków papierosów na ziemi, złamanych gałązek i udeptanej trawy świadczy o tym, że naocznym świadkiem mojej obecności w tym miejscu jest wyłącznie natura, która chyba mnie zaakceptowała. W końcu nie powinienem się dziwić - butalki po piwie zawsze zabieram ze sobą.

Z Dżosefem przesiadujemy w innym miejscu. Widok na jezioro i Krótkie Miasto robi wrażenie, zwłaszcza wieczorem ciepłą wiosną lub latem, gdy panorama miasta rozświetla się setkami drobnych światełek. Gdy patrzę na ten widok, to jest to jedyna chwila, kiedy lubię to miasto. Tylko wtedy ono mnie nie denerwuje, o nic nie mam do niego pretensji. Tylko wtedy. Wówczas przestaję bać się tego urbanistycznego pasożyta, może dlatego, że odgradza je ode mnie ciemna tafla jeziora, która wieczorem przeistacza się w gigantyczne lustro odbijające wszystko to, co zawiera w sobie moje miasto. W to magiczne miejsce poszliśmy też owego 23 marca. Powietrze było jeszcze chłodne, rześkie, więc piwko chłodziło się samo. Siedzieliśmy. Cisza się wkradła na dobre. Śmiała się mnie w oczy. Ja lekko podminowany, bo Dżosef poruszył drażliwy temat, a on zadowolony, że to się jemu udało.
- Zaczniesz mówić, czy będziemy czekać aż porośniemy mchem? - zagadnął pierwszy.
- O czym? - czułem, że właśnie ginę, że nie uniknę tego tematu.
- No daj spokój. Przecież wiem, że już kilka lat temu straciłeś głowę dla pewnej białogłowej i dotąd żadna inna nie zajęła jej miejsca.
- D. nie jest żadną białogłową tylko brunetką i nie chcę teraz o tym rozmawiać! - zerknąłem na niego z nadzieją, że odpuści.
- Dobrze, pogadamy o tym innym razem, a teraz mów dlaczego w tej chwili pijesz browara ze starym kumplem w zapyziałej mieścinie zamiast podbijać wielki świat?... Hmm?
- Sam nie wiem. Tak po prostu wyszło. To prawda co mówią o tym kraju - bez znajomości jesteś nikim, pionkiem, śmieciem, któremu w takiej sytuacji nie pomogą dyplomy najlepszych uczelni. Kończę te pieprzone studia i czuję, że jestem w punkcie wyjścia. Miały mi dać pewność siebie, wyposażyć mnie w wiarę w siebie samego, wskazać jakiś kierunek, który mógłbym obrać i iść nim, a nawet biec, przez najbliższe lata. A jestem w punkcie, z którego gdziekolwiek bym się nie skierował, to i tak będę miał bardzo długą i wyboistą drogę. Aż się ruszać nie chce. Wiesz co? Mamy pecha, bo zarówno ja, jak i ty byliśmy i jesteśmy zieloni z tzw. nauk ścisłych...
- ... i nic nie zapowiada, żeby to uległo zmianie - Dżosef jak zawsze w najbardziej odpowiednim momencie wtrącił swoje trzy grosze.
- Racja brachu (łyk złocistego płynu). Spójrz na to miasto... Wróciłem wczoraj, a już dziś boję się, że już więcej nie opuszczę granic tego rezerwatu, że jedyną instytucją, jaką będę regularnie odwiedzać, będzie Urząd Pośrednictwa Pracy, że stojąc przed tablicą z ofertami pracy zleję się w jedną masę tworzoną przez ludzi mających w oczach lęk przed jutrem. Nie chcę, żeby już dziś rozpoczęła się ostatnia faza mojego życia. Nie chcę utonąć w tej patologii.
- Nawet sobie nie wyobrażasz jak dobrze wiem, o czym mówisz. Widzę to codziennie. Bezrobocie zjada ludzi w tym mieście, patologia szerzy się jak gangrena w organizmie. W bloku naprzeciwko nas facet niedawno udusił żonę kablem od komputera, bo w jego ręce wpadły dowody jej zdrady. Wykorzystał moment, kiedy córki były w szkole. Owinął żonie szyję kablem, zacisnął, zwlókł po klatce do piwnicy, wrócił do mieszkania i spokojnie czekał na powrót córek do domu. Baba była pierwszym kierowcą-kobietą miejskich autobusów.
- W normalnym świecie to by się nie wydarzyło - rzekłem zamyślony.
Dżosef spojrzał na mnie i ni to ze smutkiem, ni to z ironicznym uśmiechem zapytał - A kto powiedział, że żyjemy w normalnym świecie?...

To pytanie nie jest mi obce. Zadaję je sobie za każdym razem, gdy kolejny raz próbuję dźwignąć się z kolan, czyli bardzo często. Myślę o tym, gdy przechadzam się ulicami z wzrokiem utkwionym w moich zakurzonych butach, gdy potykam się o garba na chodniku, gdy odwracam głowę mijając aptekę, żeby tylko nie patrzeć na wyciągniętą brudną rękę żebraczki, by tylko nie wpaść w sidła jej oczu mówiących "Daj złotówkę, skurwielu. No daj!". Oto żyję w świecie absurdu. To jest kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju, i w którym co trzeci mieszkaniec ma 20 lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny(!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał pcha się drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym przez wiele lat rządzili byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy(!) Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Gardzę niemieckością, ale nie mam pojęcia jakim cudem Zachód nie zgniótł nas swoją łapą. Gardzę Mateczką Rosiją, ale nie wiem, dlaczego dotąd nie zginęliśmy pod rosyjskim dziurawym butem. Dlaczego?... Skąd ten szum w głowie?... Dlaczego?...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz