wtorek, 18 stycznia 2011

Tego dnia...

... właśnie 30 czerwca 2009 roku, bezpowrotnie pożegnałem się z kolejnym etapem mojego - wciąż rozczarowującego - życia. Oczywiście nie znalazłem się w takiej sytuacji po raz pierwszy, ale do tej pory, gdy "coś" w moim życiu się kończyło nie odczuwałem tego specyficznego strachu przed nowym "czymś", które miało zacząć się następnego dnia bądź w najbliższym czasie. Wolny byłem od obaw, zniechęcony kolejnymi klęskami wręcz miałem pewność, że to, co mnie czeka nie będzie lepsze od tego, czego już doświadczyłem. Więc czego się bać, myślałem. Tak twierdziłem przez całe swoje życie, które - wbrew pozorom i niepoprawnym optymistom - wcale nie zależy w większej mierze od nas. Moje nie zależało ode mnie.

Gdy teraz nad tym się zastanawiam, to w ogóle nie miałem kontroli nad moim życiem w jego najistotniejszych momentach. Wszystko działo się jakby automatycznie, każdy kilkuletni okres następował jeden po drugim jak dzień po dniu, a ja stałem na uboczu, w martwej ciszy, żeby tylko nie zakłócić świętego procesu zwanego moim "życiem", żeby tylko nie przeszkodzić losowi w bezwzględnym kierowaniu moją przyszłością... Tak, dotąd byłem niemym świadkiem swojego własnego życia, szarym obserwatorem bez prawa głosu.

sobota, 8 stycznia 2011

"Gabry, Konieczki, Krótkie Miasto, 30 czerwca a.D. 2009"...

... tę frazę uwieczniłem na brudnych kafelkach pokrywających jeszcze brudniejsze ściany podziemnego przejścia prowadzącego na perony dworca Marnego Miasta. Rzecz działa się właśnie 30 czerwca roku Pańskiego dwa tysiące i dziewiątego i - choć na pierwszy rzut oka tak mogłoby się zdawać - w najmniejszym stopniu nie miała znamion wandalizmu. To nic innego, jak moja prywatna ceremonia zaznaczenia swojej obecności w najróżniejszych metropoliach, miastach, zapyziałych mieścinach i dziurach zupełnie zapomnianych przez Boga po transformacji ustrojowej, jaka dokonywała się w moim nieszczęsnym kraju na przełomie lat osiemdziesiątych i dziwięćdziesiątych. Stojąc przed zgliszczami stodoły nie można spalić czy zniszczyć jej jeszcze bardziej. To samo mogę powiedzieć o tamtym dworcu kolejowym.

Złożyłem już dziesiątki, a nawet setki tego typu podpisów. Czego człowiek nie jest w stanie zrobić, żeby zaznaczyć swoją obecność. Zwłaszcza, że całe jego dotychczasowe życie wywoływało go z listy i domagało się potwierdzenia: "Jestem!". Musiałem tak potwierdzać swoje jestestwo przez całe lata szkolne, licealne i studenckie. Teraz, z mojego punktu widzenia, już z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znalazłem co najmniej jedną cechę systemu szkolnictwa opowiadającą się za nim - przez te wszystkie lata ktoś był zawsze zainteresowany tym, bym był. Najpierw musiałem być, a potem zrozumiałem, że być powinienem. Jednak niezmiennie figurowałem na różnego rodzaju listach obecności. Aż wreszcie wraz z ostatnim dniem studiów ten bukoliczny przywilej się kończy: od tej pory już nikt nigdy nie będzie sprawdzać mojej obecności, odtąd jestem światu obojętny, mogę sobie być lub nie być.