sobota, 8 stycznia 2011

"Gabry, Konieczki, Krótkie Miasto, 30 czerwca a.D. 2009"...

... tę frazę uwieczniłem na brudnych kafelkach pokrywających jeszcze brudniejsze ściany podziemnego przejścia prowadzącego na perony dworca Marnego Miasta. Rzecz działa się właśnie 30 czerwca roku Pańskiego dwa tysiące i dziewiątego i - choć na pierwszy rzut oka tak mogłoby się zdawać - w najmniejszym stopniu nie miała znamion wandalizmu. To nic innego, jak moja prywatna ceremonia zaznaczenia swojej obecności w najróżniejszych metropoliach, miastach, zapyziałych mieścinach i dziurach zupełnie zapomnianych przez Boga po transformacji ustrojowej, jaka dokonywała się w moim nieszczęsnym kraju na przełomie lat osiemdziesiątych i dziwięćdziesiątych. Stojąc przed zgliszczami stodoły nie można spalić czy zniszczyć jej jeszcze bardziej. To samo mogę powiedzieć o tamtym dworcu kolejowym.

Złożyłem już dziesiątki, a nawet setki tego typu podpisów. Czego człowiek nie jest w stanie zrobić, żeby zaznaczyć swoją obecność. Zwłaszcza, że całe jego dotychczasowe życie wywoływało go z listy i domagało się potwierdzenia: "Jestem!". Musiałem tak potwierdzać swoje jestestwo przez całe lata szkolne, licealne i studenckie. Teraz, z mojego punktu widzenia, już z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znalazłem co najmniej jedną cechę systemu szkolnictwa opowiadającą się za nim - przez te wszystkie lata ktoś był zawsze zainteresowany tym, bym był. Najpierw musiałem być, a potem zrozumiałem, że być powinienem. Jednak niezmiennie figurowałem na różnego rodzaju listach obecności. Aż wreszcie wraz z ostatnim dniem studiów ten bukoliczny przywilej się kończy: od tej pory już nikt nigdy nie będzie sprawdzać mojej obecności, odtąd jestem światu obojętny, mogę sobie być lub nie być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz