... tę frazę uwieczniłem na brudnych kafelkach pokrywających jeszcze brudniejsze ściany podziemnego przejścia prowadzącego na perony dworca Marnego Miasta. Rzecz działa się właśnie 30 czerwca roku Pańskiego dwa tysiące i dziewiątego i - choć na pierwszy rzut oka tak mogłoby się zdawać - w najmniejszym stopniu nie miała znamion wandalizmu. To nic innego, jak moja prywatna ceremonia zaznaczenia swojej obecności w najróżniejszych metropoliach, miastach, zapyziałych mieścinach i dziurach zupełnie zapomnianych przez Boga po transformacji ustrojowej, jaka dokonywała się w moim nieszczęsnym kraju na przełomie lat osiemdziesiątych i dziwięćdziesiątych. Stojąc przed zgliszczami stodoły nie można spalić czy zniszczyć jej jeszcze bardziej. To samo mogę powiedzieć o tamtym dworcu kolejowym.
Złożyłem już dziesiątki, a nawet setki tego typu podpisów. Czego człowiek nie jest w stanie zrobić, żeby zaznaczyć swoją obecność. Zwłaszcza, że całe jego dotychczasowe życie wywoływało go z listy i domagało się potwierdzenia: "Jestem!". Musiałem tak potwierdzać swoje jestestwo przez całe lata szkolne, licealne i studenckie. Teraz, z mojego punktu widzenia, już z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znalazłem co najmniej jedną cechę systemu szkolnictwa opowiadającą się za nim - przez te wszystkie lata ktoś był zawsze zainteresowany tym, bym był. Najpierw musiałem być, a potem zrozumiałem, że być powinienem. Jednak niezmiennie figurowałem na różnego rodzaju listach obecności. Aż wreszcie wraz z ostatnim dniem studiów ten bukoliczny przywilej się kończy: od tej pory już nikt nigdy nie będzie sprawdzać mojej obecności, odtąd jestem światu obojętny, mogę sobie być lub nie być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz