wtorek, 18 stycznia 2011

Tego dnia...

... właśnie 30 czerwca 2009 roku, bezpowrotnie pożegnałem się z kolejnym etapem mojego - wciąż rozczarowującego - życia. Oczywiście nie znalazłem się w takiej sytuacji po raz pierwszy, ale do tej pory, gdy "coś" w moim życiu się kończyło nie odczuwałem tego specyficznego strachu przed nowym "czymś", które miało zacząć się następnego dnia bądź w najbliższym czasie. Wolny byłem od obaw, zniechęcony kolejnymi klęskami wręcz miałem pewność, że to, co mnie czeka nie będzie lepsze od tego, czego już doświadczyłem. Więc czego się bać, myślałem. Tak twierdziłem przez całe swoje życie, które - wbrew pozorom i niepoprawnym optymistom - wcale nie zależy w większej mierze od nas. Moje nie zależało ode mnie.

Gdy teraz nad tym się zastanawiam, to w ogóle nie miałem kontroli nad moim życiem w jego najistotniejszych momentach. Wszystko działo się jakby automatycznie, każdy kilkuletni okres następował jeden po drugim jak dzień po dniu, a ja stałem na uboczu, w martwej ciszy, żeby tylko nie zakłócić świętego procesu zwanego moim "życiem", żeby tylko nie przeszkodzić losowi w bezwzględnym kierowaniu moją przyszłością... Tak, dotąd byłem niemym świadkiem swojego własnego życia, szarym obserwatorem bez prawa głosu.

1 komentarz:

  1. Ja dopiero teraz biorę los we własne ręce.. Ale ciężko mi, oj ciężko..

    OdpowiedzUsuń