... posłusznie wykonywałem wszystko to, co zaplanował dla mnie mój własny los. Z szyderczym uśmiechem patrząc mi prosto w oczy decydował za mnie w podstawówce, czy powiedzieć rodzicom o kolejnej jedynce z matematyki, czy przdstawić im do podpisu powoli kończący się zeszyt z uwagami. Przerażająca maska z kpiarskim obliczem nawiedzała mnie w snach u schyłku najbardziej demoralizującego tworu naszego systemu edukacyjnego, z jakim miałem nieprzyjemność zetknąć się w swoim życiu, bo właśnie koniec gimnazjum jest tym momentem, kiedy podejmujemy bodajże pierwszą z istotnych decyzji, która nierzadko może zaważyć na dalszym życiu.
Moja zaważyła - liceum, którego pierwszy raz progi przekroczyłem wypełniony litrem kiepsko-mętnego płynu chmielowego marki Łomża i zarazem niesiony, tak bardzo rzadkim dla mnie, entuzjazmem, wkrótce miało okazać się bezwzględnym destruktorem wszelkiej pozytywnej myśli w moim umyśle. Po drodze mnóstwo sytuacji trudniejszych i łatwiejszych, chwil przykrych i przygnębiających, momentów krótkich i niemiłosiernie dłużących się w nieskończoność, ale zawsze gdy przyszło mi po raz kolejny przełknąć gorycz porażki sytuacja ta należała do trudniejszych, chwila była zarówno spod znaku przykrości, jak i przygnębienia, a moment dłużył się w cholerę jak amerykański serial.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz