... pokolenia, które w dzieciństwie, mając do dyspozycji jakieś kapsle, gumę do bielizny, trzepak albo grzebień i kilka monet, potrafiły stworzyć swój cały świat, już nie występują. Jednym z niewielu faktów z mojego życia, jakim mogę się szczycić jest to, że reprezentuję właśnie takie pokolenie. Bodajże jedno z ostatnich, jeśli nie ostatnie. Moje dzieciństwo, w najbardziej beztroskim jego etapie, nie opierało się na spędzaniu wielu godzin przed komputerem grając w ogłupiające gry, kieszeni moich spodni nie wypychał telefon komórkowy, nie okrywałem swojego ciała drogą odzieżą i nie zależało mo na tym, by logo światowej marki widniejące na bluzce, spodniach czy butach było rozpoznawalne dla rówieśników. W wieku dziesięciu lat nie chowałem się pod kapturem, nie skrywałem w dłoni papierosa, nie wystawałem pod blokiem, nie piłem w piwnicy taniej berbeluchy, którą kumpel skubnął ojcu spod stołu i w życiu nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby mając tyle lat, zrywać się z lekcji i szukać okazji do zalania ryja.
Tak... Jestem dumny, iż mimo tego, że jestem dzieckiem tego miasta, kilkanaście lat temu byłem zupełnie inny niż dzisiejsze młodsze pokolenia. Nie zawsze byłem święty, ale gdy po powrocie zobaczyłem jak wyglądają i jak się zachowują młodsi ode mnie, zrozumiałem, że i Krótkie Miasto idzie z złym duchem czasu, w ślad za narodem zamieszkującym naszą udręczoną duchowo i cieleśnie najjaśniejszą ojczyznę. Mieszkanie w architektonicznym dziele powstałym w epoce, którą z takim utęsknieniem wspominają starsi, bywa nader interesujące. Chyba nie można poczynić lepszych obserwacji młodocianej chołoty niż z perspektywy mieszkańca czteropiętrowego bloku z żelbetonowych płyt, wybudowanego przez dzielnych budowniczych, którzy swego czasu w pocie czoła wyrabiali 150, 200, a nawet 300 procent normy. Wychodząc pewnego razu z jednej z takich urbanistycznych perełek sprzed ponad dwóch dekad, byłem świadkiem bardziej tendencyjnej niż osobliwej rozmowy kilku wyrostków.
- Coś taki odpicowany? - spytał jeden.
- Babcia mi zmarła. Stara miała swoje lata, oślepła, ogłuchła. Trudno się dziwić, że dobiła do brzegu. Zaraz na pogrzeb muszę iść.
- O!, to jak jest pogrzeb, to i stypa musi być - włączył się trzeci z zachrypniętym głosem.
- No raczej - jęknął pogrążony w żałobie.
- Tobie to dobrze. Przynajmniej sobie łykniesz czegoś mocniejszego. Wódeczki chyba ci dadzą, co? - obudził się czwarty, który najwyraźniej przechodził mutację głosu.
Wyszedłem z klatki bez słowa mijając to towarzystwo. Miałem kilka sekund, by na nich spojrzeć. Kilka chwil, by omieść ich wzrokiem. Spojrzałem i z nieukrywanym smutkiem stwierdziłem, że przez moment przysłuchiwałem się wymianie zdań, którą przeprowadzili przedstawiciele braci uczniowskiej osiedlowego Gimnazjum nr 3 im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W pół-zdezorientowany, pół-przerażony powlokłem się swoją drogą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz