... jak mantrę powtarzali, że mamy niebywałe szczęście mieszkać w tak urodziwym mieście. Nieco później ze smętną monotonią taką samą opinię wyrażali nauczyciele przemawiający do kilkuletnich pędraków siedzących w karłowatych ławeczkach, na równie malutkich krzesełkach w jednej z tutejszych podstawówek. Wśród nich znalazłem się ja - dziecko wówczas nieświadome prawideł rządzących tym światem. Położone w najuboższej, najsłabiej skomunikowanej części kraju, w krainie pięknej, ale od lat nie mogącej doprosić się politykierów chociaż najskromniejszych środków finansowych na rozwój nechnologiczny czy opiekę społeczną, Krótkie Miasto jest jak nałóg - odstręcza, przeraża, drąży i niszczy ludzki organizm i życie, zaraża depresją i spycha na margines, ale nie sposób od niego się uwolnić.
Owe miejsce mojej doli, a raczej niedoli, usytuowane jest w zielonej krainie gęsto upstrzonej jeziorami jak ściana muszym gównem w wiejskiej chacie. Jeziora, rzeki, lasy, a wśród tych zapierających dech w piersiach bogactw natury leży ono - Krótkie Miasto, które już niekoniecznie zapiera dech w piersiach. Przecięte wąską wstążką rzeki, od zachodniej strony przykleja się do jeziora, które od wieków było filarem dla osiedlających się tu ludzi i motorem wszelkich zmian tego miejsca. Obserwując od ponad dwudziestu lat życie mojego miasta zauważyłem, że krótkomiejski krajobraz nie miał i nie ma litości ani poszanowania dla miejscowego jeziora, które z biegiem lat czuje się coraz bardziej zagrożone. I słusznie, ponieważ deweloperzy skuszeni ogromnymi zyskami ze sprzedaży mieszkań na osiedlu wybudowanym w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora nie cofną się przed niczym, by tylko otrzymać zgodę na wykarczowanie nadbrzeżnych lasów i ruszyć z budową trzy- i czteropiętrowych klocków w seledynowych barwach. Jezioro wpadło szpony miasta, które coraz bardziej otacza je swoimi mackami i już z pewnością nie zwolni ucisku.
Jako że urodziłem się tutaj i wychowałem, śmiało można mnie nazwać najprawdziwszym z prawdziwych mieszkańców tego miejsca, może nie przyszłością, ale na pewno solą tego zakątka świata. Niezależnie od pory roku, pogody, samopoczucia, zdrowia czy statusu majątkowego każdy, kto stąpa po krótkomiejskiej ziemi czuje tę specyficzną atmosferę otoczenia. Nie sposób jej nie czuć, zwłaszcza jeśli się tu urodziło. Przenika podeszwy butów, a gdy już pokona tę pierwszą przeszkodę, wchłania się w ludzkie ciała wypełniając najpierw stopy, następnie żyły i tętnice, by zmieszać się z krwią tutejszych mieszkańców. W wielu przypadkach napotyka w niej dodatkową zaporę w postaci kilku promili alkoholu, ale i on nie jest w stanie skutecznie jej zatrzymać przed inwazją na resztę organizmu. W mgnieniu oka atakuje serca i mózgi, a wraz z nimi zatruwa umysły tutejszych nieszczęśników, którzy biernie godzą się z jej obecnością, bo w rzeczywistości nie mają większego wyboru. Zresztą ludzie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie wiedzieli, że są opanowani przez mroczną moc swojego miasta. Nikt z tubylców nawet nie próbuje zmusić przytępionego umysłu do wysiłku, który pomógłby im zrozumieć, co jest przyczyna znużenia życiem mieszkających tu ludzi, dlaczego w tej pruskiej niegdyś osadzie zasługi nie dają majątku, a próżność przebiera się w drogie ubrania, wierności przyprawiane są rogi, zbrodnia pomnaża zasobność kont bankowych, prawdziwą siłę niszczy przemoc, głupota za mądrość jest brana, a doskonałość niszczona oszczerstwem.
Noc. Ściany pokoju spowite kirem. Ledwo widzę sprzęty, zresztą doskonale znam ich położenie, w końcu od urodzenia był to mój pokój, ale szczegółów już nie dostrzegam - za ciemno. Leżę i uparcie wpatruję się w sufit, jakbym spodziewał się, że nagle jakaś boska ręka wyryje na nim złotymi literami mój scenariusz na kolejne dni, miesiące, lata. Nic z tego! Tylko chłodny blask bijący od ulicznych latarni. Prawdę mówią, że nadzieja jest matką głupich. Nie mogę uwierzyć, że znów tu jestem. Myślę o ostatnich latach, o tym, co sie wydarzyło, co mnie spotkało. Także w myślach sprządzam bilans, którego tak bardzo się bałem, przed którym uciekałem co sił w nogach - bilans tego, czego mogłem dokonać, a czego mi się nie udało dokonać. Niestety, jakkolwiek nie patrzyłbym na swoje dotychczasowe życie, wynik podsumowań, czy mnie się to podoba czy nie, jest dla mnie niekorzystny. Próbuję zasnąć. Na siłę zaciskając powieki, zastanawiam się już tylko nad tym, ile czasu zajmie mi przyznanie się do klęski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz