sobota, 26 lutego 2011

Z etnograficznego punktu widzenia...

... pokolenia, które w dzieciństwie, mając do dyspozycji jakieś kapsle, gumę do bielizny, trzepak albo grzebień i kilka monet, potrafiły stworzyć swój cały świat, już nie występują. Jednym z niewielu faktów z mojego życia, jakim mogę się szczycić jest to, że reprezentuję właśnie takie pokolenie. Bodajże jedno z ostatnich, jeśli nie ostatnie. Moje dzieciństwo, w najbardziej beztroskim jego etapie, nie opierało się na spędzaniu wielu godzin przed komputerem grając w ogłupiające gry, kieszeni moich spodni nie wypychał telefon komórkowy, nie okrywałem swojego ciała drogą odzieżą i nie zależało mo na tym, by logo światowej marki widniejące na bluzce, spodniach czy butach było rozpoznawalne dla rówieśników. W wieku dziesięciu lat nie chowałem się pod kapturem, nie skrywałem w dłoni papierosa, nie wystawałem pod blokiem, nie piłem w piwnicy taniej berbeluchy, którą kumpel skubnął ojcu spod stołu i w życiu nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby mając tyle lat, zrywać się z lekcji i szukać okazji do zalania ryja.

Tak... Jestem dumny, iż mimo tego, że jestem dzieckiem tego miasta, kilkanaście lat temu byłem zupełnie inny niż dzisiejsze młodsze pokolenia. Nie zawsze byłem święty, ale gdy po powrocie zobaczyłem jak wyglądają i jak się zachowują młodsi ode mnie, zrozumiałem, że i Krótkie Miasto idzie z złym duchem czasu, w ślad za narodem zamieszkującym naszą udręczoną duchowo i cieleśnie najjaśniejszą ojczyznę. Mieszkanie w architektonicznym dziele powstałym w epoce, którą z takim utęsknieniem wspominają starsi, bywa nader interesujące. Chyba nie można poczynić lepszych obserwacji młodocianej chołoty niż z perspektywy mieszkańca czteropiętrowego bloku z żelbetonowych płyt, wybudowanego przez dzielnych budowniczych, którzy swego czasu w pocie czoła wyrabiali 150, 200, a nawet 300 procent normy. Wychodząc pewnego razu z jednej z takich urbanistycznych perełek sprzed ponad dwóch dekad, byłem świadkiem bardziej tendencyjnej niż osobliwej rozmowy kilku wyrostków.
- Coś taki odpicowany? - spytał jeden.
- Babcia mi zmarła. Stara miała swoje lata, oślepła, ogłuchła. Trudno się dziwić, że dobiła do brzegu. Zaraz na pogrzeb muszę iść.
- O!, to jak jest pogrzeb, to i stypa musi być - włączył się trzeci z zachrypniętym głosem.
- No raczej - jęknął pogrążony w żałobie.
- Tobie to dobrze. Przynajmniej sobie łykniesz czegoś mocniejszego. Wódeczki chyba ci dadzą, co? - obudził się czwarty, który najwyraźniej przechodził mutację głosu.
Wyszedłem z klatki bez słowa mijając to towarzystwo. Miałem kilka sekund, by na nich spojrzeć. Kilka chwil, by omieść ich wzrokiem. Spojrzałem i z nieukrywanym smutkiem stwierdziłem, że przez moment przysłuchiwałem się wymianie zdań, którą przeprowadzili przedstawiciele braci uczniowskiej osiedlowego Gimnazjum nr 3 im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W pół-zdezorientowany, pół-przerażony powlokłem się swoją drogą.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Od najmłodszych lat moi bliscy...

... jak mantrę powtarzali, że mamy niebywałe szczęście mieszkać w tak urodziwym mieście. Nieco później ze smętną monotonią taką samą opinię wyrażali nauczyciele przemawiający do kilkuletnich pędraków siedzących w karłowatych ławeczkach, na równie malutkich krzesełkach w jednej z tutejszych podstawówek. Wśród nich znalazłem się ja - dziecko wówczas nieświadome prawideł rządzących tym światem. Położone w najuboższej, najsłabiej skomunikowanej części kraju, w krainie pięknej, ale od lat nie mogącej doprosić się politykierów chociaż najskromniejszych środków finansowych na rozwój nechnologiczny czy opiekę społeczną, Krótkie Miasto jest jak nałóg - odstręcza, przeraża, drąży i niszczy ludzki organizm i życie, zaraża depresją i spycha na margines, ale nie sposób od niego się uwolnić.

Owe miejsce mojej doli, a raczej niedoli, usytuowane jest w zielonej krainie gęsto upstrzonej jeziorami jak ściana muszym gównem w wiejskiej chacie. Jeziora, rzeki, lasy, a wśród tych zapierających dech w piersiach bogactw natury leży ono - Krótkie Miasto, które już niekoniecznie zapiera dech w piersiach. Przecięte wąską wstążką rzeki, od zachodniej strony przykleja się do jeziora, które od wieków było filarem dla osiedlających się tu ludzi i motorem wszelkich zmian tego miejsca. Obserwując od ponad dwudziestu lat życie mojego miasta zauważyłem, że krótkomiejski krajobraz nie miał i nie ma litości ani poszanowania dla miejscowego jeziora, które z biegiem lat czuje się coraz bardziej zagrożone. I słusznie, ponieważ deweloperzy skuszeni ogromnymi zyskami ze sprzedaży mieszkań na osiedlu wybudowanym w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora nie cofną się przed niczym, by tylko otrzymać zgodę na wykarczowanie nadbrzeżnych lasów i ruszyć z budową trzy- i czteropiętrowych klocków w seledynowych barwach. Jezioro wpadło szpony miasta, które coraz bardziej otacza je swoimi mackami i już z pewnością nie zwolni ucisku.

Jako że urodziłem się tutaj i wychowałem, śmiało można mnie nazwać najprawdziwszym z prawdziwych mieszkańców tego miejsca, może nie przyszłością, ale na pewno solą tego zakątka świata. Niezależnie od pory roku, pogody, samopoczucia, zdrowia czy statusu majątkowego każdy, kto stąpa po krótkomiejskiej ziemi czuje tę specyficzną atmosferę otoczenia. Nie sposób jej nie czuć, zwłaszcza jeśli się tu urodziło. Przenika podeszwy butów, a gdy już pokona tę pierwszą przeszkodę, wchłania się w ludzkie ciała wypełniając najpierw stopy, następnie żyły i tętnice, by zmieszać się z krwią tutejszych mieszkańców. W wielu przypadkach napotyka w niej dodatkową zaporę w postaci kilku promili alkoholu, ale i on nie jest w stanie skutecznie jej zatrzymać przed inwazją na resztę organizmu. W mgnieniu oka atakuje serca i mózgi, a wraz z nimi zatruwa umysły tutejszych nieszczęśników, którzy biernie godzą się z jej obecnością, bo w rzeczywistości nie mają większego wyboru. Zresztą ludzie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie wiedzieli, że są opanowani przez mroczną moc swojego miasta. Nikt z tubylców nawet nie próbuje zmusić przytępionego umysłu do wysiłku, który pomógłby im zrozumieć, co jest przyczyna znużenia życiem mieszkających tu ludzi, dlaczego w tej pruskiej niegdyś osadzie zasługi nie dają majątku, a próżność przebiera się w drogie ubrania, wierności przyprawiane są rogi, zbrodnia pomnaża zasobność kont bankowych, prawdziwą siłę niszczy przemoc, głupota za mądrość jest brana, a doskonałość niszczona oszczerstwem.

Noc. Ściany pokoju spowite kirem. Ledwo widzę sprzęty, zresztą doskonale znam ich położenie, w końcu od urodzenia był to mój pokój, ale szczegółów już nie dostrzegam - za ciemno. Leżę i uparcie wpatruję się w sufit, jakbym spodziewał się, że nagle jakaś boska ręka wyryje na nim złotymi literami mój scenariusz na kolejne dni, miesiące, lata. Nic z tego! Tylko chłodny blask bijący od ulicznych latarni. Prawdę mówią, że nadzieja jest matką głupich. Nie mogę uwierzyć, że znów tu jestem. Myślę o ostatnich latach, o tym, co sie wydarzyło, co mnie spotkało. Także w myślach sprządzam bilans, którego tak bardzo się bałem, przed którym uciekałem co sił w nogach - bilans tego, czego mogłem dokonać, a czego mi się nie udało dokonać. Niestety, jakkolwiek nie patrzyłbym na swoje dotychczasowe życie, wynik podsumowań, czy mnie się to podoba czy nie, jest dla mnie niekorzystny. Próbuję zasnąć. Na siłę zaciskając powieki, zastanawiam się już tylko nad tym, ile czasu zajmie mi przyznanie się do klęski.

sobota, 5 lutego 2011

Dotąd...

... posłusznie wykonywałem wszystko to, co zaplanował dla mnie mój własny los. Z szyderczym uśmiechem patrząc mi prosto w oczy decydował za mnie w podstawówce, czy powiedzieć rodzicom o kolejnej jedynce z matematyki, czy przdstawić im do podpisu powoli kończący się zeszyt z uwagami. Przerażająca maska z kpiarskim obliczem nawiedzała mnie w snach u schyłku najbardziej demoralizującego tworu naszego systemu edukacyjnego, z jakim miałem nieprzyjemność zetknąć się w swoim życiu, bo właśnie koniec gimnazjum jest tym momentem, kiedy podejmujemy bodajże pierwszą z istotnych decyzji, która nierzadko może zaważyć na dalszym życiu.

Moja zaważyła - liceum, którego pierwszy raz progi przekroczyłem wypełniony litrem kiepsko-mętnego płynu chmielowego marki Łomża i zarazem niesiony, tak bardzo rzadkim dla mnie, entuzjazmem, wkrótce miało okazać się bezwzględnym destruktorem wszelkiej pozytywnej myśli w moim umyśle. Po drodze mnóstwo sytuacji trudniejszych i łatwiejszych, chwil przykrych i przygnębiających, momentów krótkich i niemiłosiernie dłużących się w nieskończoność, ale zawsze gdy przyszło mi po raz kolejny przełknąć gorycz porażki sytuacja ta należała do trudniejszych, chwila była zarówno spod znaku przykrości, jak i przygnębienia, a moment dłużył się w cholerę jak amerykański serial.