poniedziałek, 18 lipca 2011

Pamiętam, kiedyś...

... w jednej z moich potocznych i co dzień zaznawanych epifanii, kiedyś mianowicie, po ujrzeniu na rogu Gdańskiej i Sikorskiego najdoskonalszej kobiety świata; kiedyś - dokładnie mówiąc - pewnego majowego gorącego popołudnia, gdy już miałem gnać za wyłaniającymi się z granatowej bluzki i opalizującymi jak mleczna nestle ramionami; gdy już - szczerze powiem - za nimi gnałem; gdy lada chwila miałem zmienić postać i stan skupienia i stać się kroplą potu na oddalających się plecach przypadkowo ujrzanej arcypiękności - nagle mi olśniło. Nagle stanąłem jak wryty, nagle odpuściłem pogoń, nagle na powrót stałem się sobą... Po odwróceniu się od oślepiajacego słońca w tej dziewczynie dostrzegłem D. Moja osobowość, dusza ma po raz kolejny skuliła sie, jakby dostała silny cios w brzuch. Trudno jest zapomnieć o kimś, kogo spotyka się co pewien czas. Fakt, że wpadam na nią przypadkiem dwa, trzy, góra cztery razy w roku, ale jak widać i to jest za wiele.

Jak wygląda "życie według Gabrego"? Jest przede wszystkim domeną przypadku, a każdy dokonany w jego trakcie wybór determinuje inny kształt przyszłości. Tak było z D. Było w niej coś, co kazało mi się zastanowić nad samym sobą, moim życiowym wyborem. Jej subtelność bardzo różniła się od tego, z czym obcowałem na co dzień... wtedy nagle ona, jakby pauza we wszystkim, stop-klatka, zatrzymanie życia... W Krótkim Mieście zawsze kręciło się wiele dziewczyn, których głównym zajęciem i jedyną umiejętnościa było odsłanianie części ciała i wystawianie ich na żer chłopców. Całkiem jak pokazujące się czasem w telewizji i zrobione na gwiazdy młode dziewczyny, które w estradowych kreacjach, wydekoltowanych sukniach, ostrych makijażach i sylwestrowych fryzurach wyglądają jak pensjonariuszki ekskluzywnego burdelu dla zamożnych pedofilów. Krótkie spódniczki, odkryte nogi, głębokie dekolty, nagie brzuchy, wreszcie wyeksponowane w klapkach stopy z pomalowanymi w najdziwniejsze wzory paznokciami - cały ten żałosny obraz cuchnął płytkością, tandetą, latem trudno jest tu znieść codzienną kanonadę w sklepach, w parku, na peronach, wszędzie. Dziewuchy te nie mogą pojąć, że przesadna troska o wygląd z czasem nieubłagalnie wiedzie do kurewskiego visage`u. Na szczęście, pod tym względem, trochę lepiej było w liceum, w którym i przez które zniszczyłem sobie życie. Ponury gmach z czerwonej cegły do dziś jest jedynym budynkiem w mieście, który omijam szerokim łukiem. Stoi na Piłsudskiego. Myślę, że to tam, w I Liceum im. Stefana Żeromskiego w Krótkim Mieście, wstąpiłem w upokarzający i pełen spektakularnych porażek okres dojrzewania. Przeklęty gmach został postawiony przez hitlerowskie szuje grubo przed ich hucznym końcem. Tuż obok rzymskiej jedynki powinien mieć w nazwie Liceum Nastoletnich Męczenników, a nad wejściem wypisane, najlepiej czcionką gotycką, hasło: "Porzyćcie wszelką nadzieję ci, którzy tu wchodzicie". To liceum wpisało się w mój życiorys trzema szóstkami. Jedynym pozytywem, jaki wiąże się z tym miejscem, to fakt, że własnie tam spotkałem D., tam dowiedziałem się o jej istnieniu. Choć właściwie to zarazem plus, jak i minus.

Byłem w trzeciej klasie liceum, a ona w pierwszej, ja w klasie z rozszerzonym profilem nauczania języka angielskiego i historii, ona - języka niemieckiego, kiedy nawiązałem z nią kontakt. Nie było mowy o ludzkim sposobie komunikowania się, skoro dorastałem w erze komputera i komunikatora internetowego. I na tym mógłbym już zakończyć historię naszych rozmów. Płytkie notki w niewielkiej tabelce na monitorze komputera musiało mi wystarczyć. Ale siły witalne tak niezbędne mi do wegetacji czerpałem z patrzenia na nią. Dziś, kiedy jestem już po studiach, widzę ją jeszcze rzadziej. Wiem, że nie można oczyścić się z myśli o niej. Oczyścić się także od jej widzenia, bo przecież wciąż widzę D. Zakręt na licealnym korytarzu, ciemno, kłębi się kurz, ona tam siedzi, ubrana na ciemno, skromna, ale elegancka, cicha, ale zwracająca moją uwagę, przeglada zeszyt, przygotowuje się do sprawdzianu lub odpowiedzi. Zalśniły włosy, poruszyła głową, a ja spłoszony tym ruchem, jak najszybciej odwracam się i odchodzę... Zapamiętałem ją jako posiadaczkę czystego, aksamitnego głosu. Uświetniała nim tragicznie nudne uroczystości szkolne ku pamięci jakiegoś powstania, które oczywiście zakończyło się klęską, wybuchu wojny bądź uchwalenia konstytucji. Tylko dzięki niej mogłem wytrzymać na takim spędzie uczniów w ciasnej sali. Powinienem jej za to podziękować.

Swoją obecnością - dziwną, na pół realną wskutek kontrasu między nijakością postaci i miejsca a prezentowanym przez nią mistrzostwem - poruszyła mój umysł i długo wywoływała potok trudnych do uspokojenia myśli. Z całą pewnością mogłaby być wielką artystką. Śpiewała spokojnym, nie za silnym głosem, dostosowanym w sam raz do rozmiarów sali, a w jej głosie wyczuwało się rezerwę na największe nawet sale koncertowe. Absolutna muzykalność, cudownie miękki głos, czysty i bogaty w brzmienia. Utworom nadawała jakąś własną, niepowtarzalną urodę. Gdy na nią patrzyłem, gdy wsłuchiwałem się w jej głos, ogarniała mnie wielka radość, jaka zawsze towarzyszy stworzeniu arcydzieła, kidy już wcześniej zapłaciło się wielokrotnym zwątpieniem. Słuchając jej śpiewanie wydawało się takie łatwe - wystarczy przecież tylko otworzyć usta i wydobywać z siebie głos. Wiele bym dał, aby mieć jej nagrania. Odtwarzałbym je nieczęsto jak największy rarytas, pieczołowicie dbając, aby przez prostacką zachłanność nie zubożyć subtelności doznań.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Pierwszy przystanek za moim osiedlem, po lewej biedrona, po prawej dziupla z częściami do samochodów. Do miejskiej limuzyny, która mnie bujała, wsiadła zezowata kobieta. Jej twarz pokrywał ostry prowincjonalny makijaż. Baba rozwiązała problem pechowej liczby pasażerów - była czternasta.

Ostatnie lata upłynęły mi na zastanawianiu się, jak wygląda danego dnia, jak ma ułożone włosy, a miała je wyjątkowo boskie, jakie dłonie, co wtedy było można zobaczyć w jej spojrzeniu. Mało o niej wiem, prawie nic. Same drobne informacje. Być może dlatego właśnie nie powinienem pisać o niej. A jednak robię to, może z czystej przekory. Rozmawiałem z nią twarzą w twarz tylko dwa razy. Najwidoczniej uznała, że na tyle tylko zasługuję. Przez długie miesiące, jeszcze w liceum nie zauważyłem, żeby spotykała się z kimś. Ale czas mi uświadomił, że to była tylko moja niedoskonała obserwacja, uczyłem się dwa lata wyżej niż D., widziałem ją tylko na schodach szkoły, korytarzach liceum, zatem bardzo możliwe, że była z kimś, tylko mnie wtedy niewiele to obchodziło. Dla mnie istniała sama, bez osób towarzyszących jej. Nieraz obiecywałem sobie, że nie będę wracał myślami do D. Oto właśnie skutki mojego postanowienia... Być może właśnie dlatego piszę teraz o niej na przekór sobie, na przekór zmarnowanemu czasowi i studiom, które okazały się niewypałem.

Jedno spotkanie uświadomiło jej, że jestem pyłem, na który nie zwraca się uwagi, a mnie, że nie mam najmniejszych szans. I rzeczywiście, wkrótce okazało się, że moje podejrzenia miały solidne uzasadnienie - D. skierowała swoje uczucia w kierunku osobnika legitymującego się biblijnym imieniem i noszącego historycznie brzmiące nazwisko. Egzotyczne połączenie. A jakis czas później odszły mnie słuchy, że D. związana jest z jakimś wyrośniętym zapuszczonym grajkiem, któremu szarpanie strun gitarowych w zakurzonej piwnicy zastępuje wielką karierę metalowca. ... Najwyraźniej jestem za cichy, nie przypominam dzikusa, a może po prostu beznadziejność wycisnęła na mnie piętno widoczne gołym okiem. Chyba dlatego nie utrzymujemy dziś żadnego kontaktu.

Gdyby ktoś zapytał mnie, jak powinna wygladac dziewczyna idealna, odpowiedziałbym jednym słowem - D. Natknąłem się na nią niedawno w Krótkim Mieście. Schemat był ten sam, co zawsze: idziemy w przeciwne strony tym samym chodnikiem w odległości kilkudziesieciu metrów; rozpoznajemy się wzajemnie, ona - jeszcze daleko ode mnie - odwraca na chwilę głowę, moja osoba zarysowuje na tej pięknej twarzy zrezygnowanie i zakłopotanie, jakby chciała zapytać kogoś idącego obok niej, dlaczego to znów mnie spotyka, zbliżamy się, w mgnieniu oka pojawia się wymuszony uśmiech, a gdy już jesteśmy obok siebie, wypowiadamy półgłosem "Cześć". Mijamy sie nie mówiąc nic więcej... Odchodzimy...

sobota, 4 czerwca 2011

Wiele razy zastanawiałem się...

... jak będzie wyglądało moje życie za 10 lat. Cóż będę robić i gdzie? Wbrew wszelkim przekonaniom tego typu refleksje nas - mężczyzn - nachodzą nie tylko podczas żmudnego procesu odurzania się alkoholem. Właściwie to nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. Niegdyś zapuszczony myśliciel w białym prześcieradle i sandałach, następnie zgarbiony klecha w worze pokutnym, a teraz ja, w koszuli Wranglera, staram się uporać z tym pytaniem. Szukam odpowiedzi, choć wydaje się ona bardzo prosta - wystarczy przeżyć dekadę i przekonam się, co po niej mnie czeka... Łatwo jest tak powiedzieć.
 
Kiedyś, wracając jak zbity pies z podkulonym ogonem do Krótkiego Miasta, zajrzałem do pewnego baru na prowincji. Bar jak bar, raczej speluna, ale poczułem się zmęczony i nigdzie nie miałem chęci się stamtąd ruszać. Rozejrzałem się. Wybrałem stolik w kącie, przy którym usiadłem zwrócony plecami do ściany, by mieć cały lokal na oku. Poza mną był tam tylko barman i dwóch zniszczonych pegeerowców z pobliskiego osiedla popegeerowskiego. Siedzieli osobno i patrzyli w telewizor zawieszony pod sufitem ze styropianu. Jeden pięćdziesiątkę chlup! i popił piwem. Powtórzył zestaw kilka razy, aż przestał rozumieć, o co w tym serialu chodzi. Drugi w czapce, już dawno piwo wypił, wpatrywał się smutno w pustą butelkę, czasami potrącił, zakołysał z nadzieją, że barman się ulituje i postawi na krechę. Drugi podszedł do niego ociężałym krokiem skazańca i rzekł: "Cały, kurde, gibałem w pieczarkarni, na czarno obornik wyrzucałem, dostałem, kurde, 30 zł i oddałem barmanowi za te, kurde, wszystkie piwa, co je piłem ostatnio na krechę. W kieszeni, kurde, pusto, kobieta, kurde, zrobi piekło. Najlepiej by się upić, ale, kurde, za co?" Patrzyłem na nich i przysłuchiwałem sięcałej rozmowie. Zastanawiałem się, czy również starzejąc się z dnia na dzień, nadejdzie taki moment, że stanę kością w gardle rzeczywistości jak ta dwójka z wiejskiego baru. Wielu powie, że nie!, że pozytywne myślenie się liczy, że wszystko zależy ode mnie. Większe bzdury można usłyszeć jedynie w kościele.
 
W życiu tak już jest, że nieznośne przypomnienia uśmiercane dzień za dniem powrócą ze zdwojoną siłą po krótkim czasie. Z moimi nie jest inaczej. Chyba najbardziej szczęśliwy poczułbym się, gdybym w tej chwili sracił pamięć tak, żebym nie pamiętał tego, co przeżyłem przez kilka ostatnich lat. Pewnie nie dożyję czasów, kiedy ludzkim mózgiem będzie można sterować pilotem. Póki co tworzy się krzyż pamięci. A moje ciało rozpostarte na nim. Bez przerwy odnoszę wrażenie, że nie wyjeżdżałem z Krótkiego Miasta nawet na chwilę, a przecież nie było mnie przez dłuższy czas. Wydaje mi się, że jestem tutaj od zawsze. Ile kroków musiałbym policzyć, by dobrnąć do początku. Ile kroków musiałbym sobie przypomnieć. Cały miniony czas mnożony przez aktualną minutę. Nieskończoność minut. Nieskończoność cierpienia. Uporczywe tykanie zegara, którego nieustanne próby cofania pełzną na niczym. Czasem zagłębiam się w myślach, wchodzę głęboko w swoje ciało. W cichy, wilgotny ślizg kości w stawach. W bulgotanie krwi, w jej chlupot na zakolach arterii. W szelest mięśni przesuwających się pod skórą. Jestem od zbudzenia do zaśnięcia. Jednego pragnę najbardziej - pamięć za dnia oddać do biura rzeczy znalezionych, do biura rzeczy zbędnych i nie moich...
 
Bez przerwy mam w głowie datę 23 marca. Wszędzie 23. Dwójka z trójką. Dwójka przed trójką. Trójka po dwójce. Jak na ironię mieszkam pod numerem 23. Blok obok, w którym mieszka Dżosef, ma numer 23. To data zarówno wspaniała, jak i dość przykra. Nigdy dotąd nie wiązałem w żaden sposób jakiejkolwiek daty z człowiekiem. Poza tym jednym wyjątkiem - D., żywy symbol mojego niespełnienia. Nie mam pojęcia, dlaczego ta data tak bardzo kojarzy mi się z tą dziewczyną. Przecież nic tego dnia nie miało miejsca, nic się nie stało, w loterii głównej nagrody nie wygrał kupon, który bym otrzymał od niej, nie usłyszałem jej delikatnego kobiecego głosu w słuchawce telefonu ani nie ujrzałem jej pięknego uśmiechu, a mimo wszystko, gdy pomyślę o niej, przed oczami jawi mi się smukła dwójka i nieco wypukła trójka. Na szczęście moją nadzieję na całkiem jeszcze przyzwoity stan psychiczny ratuje fakt, że 23 marca D. przyszła na świat.
 
W Krótkim Mieście bardzo rzadko jeżdżę autobusami Miejskich Zakładów Komunikacyjnych. Miasto to można przejść piechotą w ciągu 20-30 minut. To jeden z jego plusów. Kilka dni po 23 marca, jeszcze przed końcem tego miesiąca, nadarzyła się okazja, żeby zasiąść w takim niebywale interesującym pojeździe. Interesującym ze względu na jego "zawartość", którą przewozi przez większą część dnia. Czekałem ergo na moim osiedlu pod wiatą, ostro wiało. Stałem tak i patrzyłem na tę wiatę, która dzielnie chroniła mnie przed gniewem natury, która niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi w postaci silnego wiatru podkreślała swoje niezadowolenie z obecności człowieka na Ziemi. Była to wiata idealnie wkomponowana w krajobraz miejski, na jednej ze swoich ścian dźwigała skrót "HWDP", na drugiej numer telefonu komórkowego niejakiej Jolki (z adnotacją, że jest "dziwką, ale dobrze robi dobrze"), zaś trzecia ściana mizernego przystanku pokryta została graffiti przedstawiającym herb miejscowej drużyny piłkarskiej z jej nazwą napisaną gotycką czcionką. Gdy na to spojrzałem, wreszcie poczułem, że naprawdę jestem w domu. Niestety. Tymczasem nadjechał długo oczekiwany autobus, który, gdyby nie blacha, jaką był obudowany, przypominałby prędzej dyliżans albo stodołę na kołach. ... Nie mogło być inaczej - autobus linii 23.
 
Autobus widmo. Zająłem miejsce na końcu, żeby mieć widok na dwanascie osób, które podrużowały wraz ze mną. Nie chcę sobie schlebiać, ale domeną człowieka intensywnie myślącego jest obserwacja najbliższego otoczenia. I tak się składa, że obserwowanie ludzi i zastanawianie się nad nimi jest jednym z ciekawszych zajęć, którym oddaję się nader często. Już nie w zastygłej w pozach jesieni autobus pędził po brzegi wypchany zmeczeniem. Ja w środku. Siedziałem zamyślony. Ludzie jak duchy, niby byli, ale ich nie było. Styrani całym dniem w pracy wracali urobieni po szyję do swoich domostw. Twarze przykryte cieniem, smutkiem, bezradnością. Tamtego dnia stanowiłem część tej zrezygnowanej gawiedzi. Różniłem się od nich tylko tym, że ci ludzie dokądś jechali, do swoich domów, rodzin, a ja jechałem bez celu, tak po prostu, żeby się przejechać. Dzierżąc w dłoni jasnopomarańczowy bilet myślałem nie o ludziach z autobusu, nie o tym, co widziałem za pokrytą reklamami szybą, ale właśnie o D.

sobota, 23 kwietnia 2011

Każdy człowiek...

... powinien znać miejsce, gdzie mógłby przyjść o każdej porze dnia i nocy, usiąść i nie robić nic poza myśleniem o tym i owym. Malutki skrawek ziemi wyłącznie dla siebie, tylko ja i cisza. Należę do tych szczęśliwców, którzy mogą pochwalić się właśnie znajomością tego typu osobistego azylu. Sądząc po braku śladów żulerskiego obozowania nie wiedzą o nim obdarci miłośnicy nocowania pod chmurką. Nie wie o nim nawet Dżosef, któremu się wydaje, że o mnie wie wszystko. Nie wie nikt. Gdy odkryłem to miejsce nie posiadałem się ze szczęścia, bo o tajemnicy skrywanej wyłącznie dla siebie czytałem jedynie w książkach. Nie sądziłem, że prawdziwy sekret może zapukać do moich drzwi. Brak zgniecionych puszek, niedopałków papierosów na ziemi, złamanych gałązek i udeptanej trawy świadczy o tym, że naocznym świadkiem mojej obecności w tym miejscu jest wyłącznie natura, która chyba mnie zaakceptowała. W końcu nie powinienem się dziwić - butalki po piwie zawsze zabieram ze sobą.

Z Dżosefem przesiadujemy w innym miejscu. Widok na jezioro i Krótkie Miasto robi wrażenie, zwłaszcza wieczorem ciepłą wiosną lub latem, gdy panorama miasta rozświetla się setkami drobnych światełek. Gdy patrzę na ten widok, to jest to jedyna chwila, kiedy lubię to miasto. Tylko wtedy ono mnie nie denerwuje, o nic nie mam do niego pretensji. Tylko wtedy. Wówczas przestaję bać się tego urbanistycznego pasożyta, może dlatego, że odgradza je ode mnie ciemna tafla jeziora, która wieczorem przeistacza się w gigantyczne lustro odbijające wszystko to, co zawiera w sobie moje miasto. W to magiczne miejsce poszliśmy też owego 23 marca. Powietrze było jeszcze chłodne, rześkie, więc piwko chłodziło się samo. Siedzieliśmy. Cisza się wkradła na dobre. Śmiała się mnie w oczy. Ja lekko podminowany, bo Dżosef poruszył drażliwy temat, a on zadowolony, że to się jemu udało.
- Zaczniesz mówić, czy będziemy czekać aż porośniemy mchem? - zagadnął pierwszy.
- O czym? - czułem, że właśnie ginę, że nie uniknę tego tematu.
- No daj spokój. Przecież wiem, że już kilka lat temu straciłeś głowę dla pewnej białogłowej i dotąd żadna inna nie zajęła jej miejsca.
- D. nie jest żadną białogłową tylko brunetką i nie chcę teraz o tym rozmawiać! - zerknąłem na niego z nadzieją, że odpuści.
- Dobrze, pogadamy o tym innym razem, a teraz mów dlaczego w tej chwili pijesz browara ze starym kumplem w zapyziałej mieścinie zamiast podbijać wielki świat?... Hmm?
- Sam nie wiem. Tak po prostu wyszło. To prawda co mówią o tym kraju - bez znajomości jesteś nikim, pionkiem, śmieciem, któremu w takiej sytuacji nie pomogą dyplomy najlepszych uczelni. Kończę te pieprzone studia i czuję, że jestem w punkcie wyjścia. Miały mi dać pewność siebie, wyposażyć mnie w wiarę w siebie samego, wskazać jakiś kierunek, który mógłbym obrać i iść nim, a nawet biec, przez najbliższe lata. A jestem w punkcie, z którego gdziekolwiek bym się nie skierował, to i tak będę miał bardzo długą i wyboistą drogę. Aż się ruszać nie chce. Wiesz co? Mamy pecha, bo zarówno ja, jak i ty byliśmy i jesteśmy zieloni z tzw. nauk ścisłych...
- ... i nic nie zapowiada, żeby to uległo zmianie - Dżosef jak zawsze w najbardziej odpowiednim momencie wtrącił swoje trzy grosze.
- Racja brachu (łyk złocistego płynu). Spójrz na to miasto... Wróciłem wczoraj, a już dziś boję się, że już więcej nie opuszczę granic tego rezerwatu, że jedyną instytucją, jaką będę regularnie odwiedzać, będzie Urząd Pośrednictwa Pracy, że stojąc przed tablicą z ofertami pracy zleję się w jedną masę tworzoną przez ludzi mających w oczach lęk przed jutrem. Nie chcę, żeby już dziś rozpoczęła się ostatnia faza mojego życia. Nie chcę utonąć w tej patologii.
- Nawet sobie nie wyobrażasz jak dobrze wiem, o czym mówisz. Widzę to codziennie. Bezrobocie zjada ludzi w tym mieście, patologia szerzy się jak gangrena w organizmie. W bloku naprzeciwko nas facet niedawno udusił żonę kablem od komputera, bo w jego ręce wpadły dowody jej zdrady. Wykorzystał moment, kiedy córki były w szkole. Owinął żonie szyję kablem, zacisnął, zwlókł po klatce do piwnicy, wrócił do mieszkania i spokojnie czekał na powrót córek do domu. Baba była pierwszym kierowcą-kobietą miejskich autobusów.
- W normalnym świecie to by się nie wydarzyło - rzekłem zamyślony.
Dżosef spojrzał na mnie i ni to ze smutkiem, ni to z ironicznym uśmiechem zapytał - A kto powiedział, że żyjemy w normalnym świecie?...

To pytanie nie jest mi obce. Zadaję je sobie za każdym razem, gdy kolejny raz próbuję dźwignąć się z kolan, czyli bardzo często. Myślę o tym, gdy przechadzam się ulicami z wzrokiem utkwionym w moich zakurzonych butach, gdy potykam się o garba na chodniku, gdy odwracam głowę mijając aptekę, żeby tylko nie patrzeć na wyciągniętą brudną rękę żebraczki, by tylko nie wpaść w sidła jej oczu mówiących "Daj złotówkę, skurwielu. No daj!". Oto żyję w świecie absurdu. To jest kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju, i w którym co trzeci mieszkaniec ma 20 lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny(!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał pcha się drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym przez wiele lat rządzili byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy(!) Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Gardzę niemieckością, ale nie mam pojęcia jakim cudem Zachód nie zgniótł nas swoją łapą. Gardzę Mateczką Rosiją, ale nie wiem, dlaczego dotąd nie zginęliśmy pod rosyjskim dziurawym butem. Dlaczego?... Skąd ten szum w głowie?... Dlaczego?...

środa, 23 marca 2011

Stojąc przed gmachem mrocznego dworca...

... mając go za plecami wystarczy skierować się w prawo i przejść kilka ulic, aby dotrzeć do mojej Mekki, miejsca przeznaczenia, siedziby Dobra i Zła, piekła na Ziemi - mojego osiedla. Mając świadomość, że zły to ptak, który własne gniazdo kala wysilę wszystkie swoje zmysły, które posiadam, i których nie posiadam, żeby tylko powstrzymać się od zjadliwego opisu najbardziej znanej mi części miasta.

Doskonale wiedziałem dokąd mam się udać w ten marcowy dzień. Za oknem w temperaturze dwunastu stopni Celsjusza ujadało Krótkie Miasto. Słońce, błękitne niebo. Ciepło jak na marzec. Program dnia zapowiadał się następująco: zażegnać fenomen obojętności świata. Wbrew pozorom nie ma na to zbyt wielu sposobów. Nauczony wieloleynim doświadczeniem, żyjąc grubo ponad dwie dekady (co najmniej o jedną za długo), mając w pamięci nauki płynące z opowieści mojego dziadka wiem, że są dwa skuteczne sposoby na zażegnanie fenomenu obojętności świata, a są nimi: alkohol i kobieta. Choć raczej kobieta i alkohol... Zresztą mniejsza o kolejność, oba te pojęcia są bliskoznaczne, są niemal że synonimami. W każdym razie jak świat światem, nikt dotąd nie wymyślił trzeciego sposobu. Jako że bogatego wyboru nie miałem, a jakby tego było mało, z tych dwu możliwości zdecydowanie odpadała jedna, więc jasne było dla mnie, iż tego pięknego wiosennego dnia pozwolę się pochłonąć tylko jednej sile - alkoholowi. A jeśli browar pod chmurką, to w doborowym towarzystwie.

Dżosefa poznałem zanim poszedłem do szkoły - ba! - zanim moja mama wyrządziła mi największą krzywdę, jakiej nie zaznałem przez kilkanaście następnych lat, a mianowicie Dżosefa poznałem zanim poszedłem do zerówki. Były to czasy zupełnej beztroski, czasy lajtowe, jak mówią teraz młodzi, czasy nakładania rajstop zimą, czasy nauki jazdy na rowerze, a więc czasy obdartych kolan i łokci, mikroskopijnych czarnych, słonecznikowych pestek w matowej folii, gumy turbo i na chybcika konstruowanych proc. Zakumplowaliśmy się, siedzieliśmy w jednej ławie i w podstawówce i w gimnazjum. Kradliśmy jabłka z sadu przy kościele, podglądaliśmy dziewczyny przebierające się w szatni przed lekcją wychowania fizycznego i fakt, że wówczas jeszcze nie było się czemu przyglądać nie miał dla nas żadnego znaczenia. Tak minęły nam podstawówka i gimnazjum. Dzieciństwo moje było różne - raz dobre, innym złe. W końcu przyszedł czas, kiedy miejsce proc w naszych rękach zajęły butelki piwa i... nagle dzień, który chylił się ku końcowi, zyskiwał dodatkowe godziny. Wieczór, który był już prawie nocą, stawał się wczesnym wieczorem. Uwielbiałem późne powroty do domu i przedłużone wieczory z browarkiem w ręku, wpatrywanie się w panoramę miasta, którego nienawidziłem kochać i kochałem nienawidzić. Jednak nigdy potem nie udawało mi się tak swobodnie ogrywać czasu jak w dzieciństwie, zanim przekonałem się, że życie potrafi dać w kość, jeszcze przed szkołą średnią.

Idąc do Dżosefa, jak zwykle, minąłem wilgotny mur z obsypującym się tynkiem, ruszający z przystanku zatłoczony autobus. Trzej od lat nietrzeźwiejący kloszardzi kolebali się na krawężniku i spokojnie odprowadzili mnie mętnym wzrokiem. Kiwnąłem głową na przywitanie, bo wszyscy kiwali, mimo że każdy wyzywał ich od meneli, narzekał, że się opieprzają i tylko piją, ale każdy ich znał. Owa alkoholowa trójca stała się stałym elementem krajobrazu osiedla, jakby byli wmurowani w podłoże. Nikt z tutejszych nie dziwi się, że bez przerwy siedzą na styku ulic, z pewnością zdziwiliby się, gdyby pewnego dnia ich tam zabrakło.

Gdy dobiłem do celu, Dżosef właśnie wychodząc zamykał za sobą drzwi klatki. Średniego wzrostu, ogolony na zapałkę, częsty bywalec siłowni i amator kapieli w basenie, owinięty w ciemne łachy, tylko bluza z ptbullem na przedzie szarego koloru i czarna wiosenna katana narzucona na wszystko - everyman z krainy nędzy i rozpaczy. Tamtego dnia wyjątkowo obok stałego atrybutu, czyli dwóch czerwonych sześciopaków chmielonego napoju z mitycznego źródła Warki, jakie dzierżył w rękach, na twarzy miał przyklejony przygłupi uśmiech.
- Co się tak szczerzysz? Nie powiesz chyba, że stęskniłeś się za mną - rzuciłem na powitanie.
- To też, ale śmieję się, bom wiedział, że własnie wrócisz przed dzisiejszym dniem i właśnie dziś będziemy pić browara w naszym królestwie - rzekł zataczając łuk ręką jak pan chwalący się swoimi włościami.
- Co ty pieprzysz?... Piłeś już dziś. Beze mnie!? - krzyknąłem z przerażeniem w głosie.
- Nie. No Gabry, nie rób mnie w konia. Przecież wiesz o czym mówię - odpowiedział urażony.
- Nie, nie wiem! - warknąłem, bo czułem, że Dżosef za dobrze mnie zna, żebym mógł coś przed nim ukryć.
- Hmm... - celowo, z przesadną wyniosłością - Otóż mój niezawodny umysł i rozum mówią mi, że chcesz pogadać, bo dziś są urodziny D., boskiego ucieleśnienia twojej Nadziei i zarazem życiowego Niespełnienia. Skoro tutaj jesteś, mój przyjacielu, to znaczy, że dostałeś kolejnego kopa w dupę od losu i chcesz ujarzmić ból tym oto niebiańskim nektarem - wyjaśnił i z denerwującym uśmieszkiem podniósł sześciopak na wysokość głowy.
Spojrzałem na niego bez słowa. Dżosef też zamilkł, bo nie chciał przesadzić. Wziąłem od niego połowę "bagażu" i w milczeniu poszliśmy przed siebie.

poniedziałek, 14 marca 2011

A była ona długa i kręta...

... podobnie jak droga, którą przeszedłem, by po ponad dwudziestu latach znaleźć się w punkcie wyjścia. Nie wiem, jak inni urodzeni tutaj, ale mógłbym przysiąc, że zawsze gdy idę przez Krótkie mam wrażenie, że ono się nie zmienia. Te osiedla, ulice są jak skamieniałe szczątki jakiegoś prehistorycznego giganta, które mimo upływu milionów lat zachowują swój ogólny kształt. Nieraz próbowałem zapomnieć o jego kształtach, ale okazało się to trudniejsze niż myślałem - miejska topografia, rozkład ulic, budynki, przejścia dla pieszych - te, przypominające klawisze ukochanego instrumentu Fryderyka, i te niedozwolone, a nawet krzywe chodniki, zapadnięte niczym usta stulatka krawężniki i dziury w jezdniach jak w uzębieniu dziesięciolatka zapamiętałem z dokładnością, której nie powstydziłby się niejeden geniusz z fotograficzną pamięcią. Byłem bezsilny. Wszystkie te detale wryły mi się w mózg do tego stopnia, iż podejrzewam, że ani depresja, ani schizofrenia - ba! - doszedłem do tak paradoksalnego wniosku, że nawet zanik pamięci nie spowoduje wywietrzenia z mojego umysłu krzywizn, błędów ludzkiego intelektu, niedopatrzeń inżynieryjnego oka, braku gustu ściennych malarzy, które składają się na niedokładną precyzję funkcjonowania Krótkiego Miasta.

Wsunąłem ręce w kieszenie kurtki i ruszyłem przed siebie. Z każdym krokiem coraz bardziej przerażony, bo co krok, to deja vu: jeszcze na swoim osiedlu mijam kiosk u Żyda i już z zakamarków mej pamięci wyłania się obraz, jak w podstawówce z kumplami chodziliśmy do niego kupować draże czekoladowe i kokosowe, a że dziadek w ciemnej odchłani kiosku nie zawsze dobrze widział czy gówniarz podskakujący do okienka daje mu odpowiednią kwotę, brał jak popadnie i w zamian wręczał nam nasz upragniony zakazany owoc, na sam widok którego we wczesnym dzieciństwie się trząsłem. Dziś młodzi w podstawówce trzęsą się tak na widok puszki taniego browaru i papierosa, który jest na wyciągnięcie ręki - u dwa lata starszego dilera sprzedającego je na sztuki.

Nic to, poszedłem dalej, ze zniechęceniem graniczącym z odrazą, bo ile razy można patrzeć na to samo, nawet jeśli patrzy się oczami wyobraźni. Szedłem przed siebie. Nade mną niebo niskie, mętne, z bliznami niedobrego blasku. Wokół mnie ludzie jak zawsze przytępieni. Na twarzach przechodniów zimny odcień rtęci. Za kierunek obrałem centrum mojej mieściny.

Krótkie Miasto, pomimo kilku miejsc, do których warto zajrzeć, nie działa jak magnes na turystów. Trudno im się dziwić, że zazwyczaj szerokim łukiem je omijają. Chociażby sam dworzec przeraża do tego stopnia, że gdyby wysadzić na nim przybysza z wielkiego świata, uciekł by z krzykiem rozbijając się o pierwszą lepszą ścianę. Pusty, zimny, zdewastowany, z połamanymi ławkami, trzeszczącymi głosnikami i czasomierzami z pożółkłymi tarczami, pamiętającymi zapewne jeszcze czasy I Sekretarza, symbolu dobrobytu i dostatku, który chyba do dziś dzieciom kojarzy się z cukierkiem. Nocą lepiej tu się nie zapuszczać, ponieważ perony do złudzenia przypominają miejsce zbrodni z kręgami pomarańczowych świateł bijących z nielicznych latarni.

Sam budynek dworca nie wygląda lepiej. Jego wnętrze oferuje jeszcze ciekawsze rzeczy. Jakimś cudem włodarze PKP uzyskali klimat rodem z filmów Hitchcocka. Krótko mówiąc: brud, smród i żuleria. Gdyby nie konieczność kupienia biletu, nikt by tam nie zaglądał. Dwie kasy, a w nich kobiety popijające herbatę i zawsze gotowe powiedzieć: "Nie! Przechodzić proszę, bo kolejka się tworzy". Choć szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy w Krótkim jest ktokolwiek, kto pamięta kolejkę po bilet na dworcu. Każdy, kto skieruje się do miasta, musi przejść przez budynek dworca, a tam zostanie przywitany przez delegację meneli, stałych bywalców tego reprezentatywnego budynku. Brudni, obdarci, poobijani, opuchnięci, pijani zaczepiają, by poprosić o drobne wiadomo na jaki cel. Czują się swobodnie, są u siebie, to ich królestwo i nawet SOK-iści nie są w stanie ich przepędzić, co najwyżej obudzić, gdy śpia na ławkach.

Gdy już przedzie się na bezdechu przez przejście podziemne i wyjdzie na zewnątrz, ukazuje się Krótkie Miasto w całej swej okazałości, wraz ze swoimi mieszkańcami, którzy upodabniają się do miasta, nie odwrotnie. Ono ich wchłania, wkomponowuje w swój plan i coraz głośniejszy rytm. Ono zawiązuje ludzką pamięć na supeł.

sobota, 26 lutego 2011

Z etnograficznego punktu widzenia...

... pokolenia, które w dzieciństwie, mając do dyspozycji jakieś kapsle, gumę do bielizny, trzepak albo grzebień i kilka monet, potrafiły stworzyć swój cały świat, już nie występują. Jednym z niewielu faktów z mojego życia, jakim mogę się szczycić jest to, że reprezentuję właśnie takie pokolenie. Bodajże jedno z ostatnich, jeśli nie ostatnie. Moje dzieciństwo, w najbardziej beztroskim jego etapie, nie opierało się na spędzaniu wielu godzin przed komputerem grając w ogłupiające gry, kieszeni moich spodni nie wypychał telefon komórkowy, nie okrywałem swojego ciała drogą odzieżą i nie zależało mo na tym, by logo światowej marki widniejące na bluzce, spodniach czy butach było rozpoznawalne dla rówieśników. W wieku dziesięciu lat nie chowałem się pod kapturem, nie skrywałem w dłoni papierosa, nie wystawałem pod blokiem, nie piłem w piwnicy taniej berbeluchy, którą kumpel skubnął ojcu spod stołu i w życiu nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby mając tyle lat, zrywać się z lekcji i szukać okazji do zalania ryja.

Tak... Jestem dumny, iż mimo tego, że jestem dzieckiem tego miasta, kilkanaście lat temu byłem zupełnie inny niż dzisiejsze młodsze pokolenia. Nie zawsze byłem święty, ale gdy po powrocie zobaczyłem jak wyglądają i jak się zachowują młodsi ode mnie, zrozumiałem, że i Krótkie Miasto idzie z złym duchem czasu, w ślad za narodem zamieszkującym naszą udręczoną duchowo i cieleśnie najjaśniejszą ojczyznę. Mieszkanie w architektonicznym dziele powstałym w epoce, którą z takim utęsknieniem wspominają starsi, bywa nader interesujące. Chyba nie można poczynić lepszych obserwacji młodocianej chołoty niż z perspektywy mieszkańca czteropiętrowego bloku z żelbetonowych płyt, wybudowanego przez dzielnych budowniczych, którzy swego czasu w pocie czoła wyrabiali 150, 200, a nawet 300 procent normy. Wychodząc pewnego razu z jednej z takich urbanistycznych perełek sprzed ponad dwóch dekad, byłem świadkiem bardziej tendencyjnej niż osobliwej rozmowy kilku wyrostków.
- Coś taki odpicowany? - spytał jeden.
- Babcia mi zmarła. Stara miała swoje lata, oślepła, ogłuchła. Trudno się dziwić, że dobiła do brzegu. Zaraz na pogrzeb muszę iść.
- O!, to jak jest pogrzeb, to i stypa musi być - włączył się trzeci z zachrypniętym głosem.
- No raczej - jęknął pogrążony w żałobie.
- Tobie to dobrze. Przynajmniej sobie łykniesz czegoś mocniejszego. Wódeczki chyba ci dadzą, co? - obudził się czwarty, który najwyraźniej przechodził mutację głosu.
Wyszedłem z klatki bez słowa mijając to towarzystwo. Miałem kilka sekund, by na nich spojrzeć. Kilka chwil, by omieść ich wzrokiem. Spojrzałem i z nieukrywanym smutkiem stwierdziłem, że przez moment przysłuchiwałem się wymianie zdań, którą przeprowadzili przedstawiciele braci uczniowskiej osiedlowego Gimnazjum nr 3 im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W pół-zdezorientowany, pół-przerażony powlokłem się swoją drogą.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Od najmłodszych lat moi bliscy...

... jak mantrę powtarzali, że mamy niebywałe szczęście mieszkać w tak urodziwym mieście. Nieco później ze smętną monotonią taką samą opinię wyrażali nauczyciele przemawiający do kilkuletnich pędraków siedzących w karłowatych ławeczkach, na równie malutkich krzesełkach w jednej z tutejszych podstawówek. Wśród nich znalazłem się ja - dziecko wówczas nieświadome prawideł rządzących tym światem. Położone w najuboższej, najsłabiej skomunikowanej części kraju, w krainie pięknej, ale od lat nie mogącej doprosić się politykierów chociaż najskromniejszych środków finansowych na rozwój nechnologiczny czy opiekę społeczną, Krótkie Miasto jest jak nałóg - odstręcza, przeraża, drąży i niszczy ludzki organizm i życie, zaraża depresją i spycha na margines, ale nie sposób od niego się uwolnić.

Owe miejsce mojej doli, a raczej niedoli, usytuowane jest w zielonej krainie gęsto upstrzonej jeziorami jak ściana muszym gównem w wiejskiej chacie. Jeziora, rzeki, lasy, a wśród tych zapierających dech w piersiach bogactw natury leży ono - Krótkie Miasto, które już niekoniecznie zapiera dech w piersiach. Przecięte wąską wstążką rzeki, od zachodniej strony przykleja się do jeziora, które od wieków było filarem dla osiedlających się tu ludzi i motorem wszelkich zmian tego miejsca. Obserwując od ponad dwudziestu lat życie mojego miasta zauważyłem, że krótkomiejski krajobraz nie miał i nie ma litości ani poszanowania dla miejscowego jeziora, które z biegiem lat czuje się coraz bardziej zagrożone. I słusznie, ponieważ deweloperzy skuszeni ogromnymi zyskami ze sprzedaży mieszkań na osiedlu wybudowanym w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora nie cofną się przed niczym, by tylko otrzymać zgodę na wykarczowanie nadbrzeżnych lasów i ruszyć z budową trzy- i czteropiętrowych klocków w seledynowych barwach. Jezioro wpadło szpony miasta, które coraz bardziej otacza je swoimi mackami i już z pewnością nie zwolni ucisku.

Jako że urodziłem się tutaj i wychowałem, śmiało można mnie nazwać najprawdziwszym z prawdziwych mieszkańców tego miejsca, może nie przyszłością, ale na pewno solą tego zakątka świata. Niezależnie od pory roku, pogody, samopoczucia, zdrowia czy statusu majątkowego każdy, kto stąpa po krótkomiejskiej ziemi czuje tę specyficzną atmosferę otoczenia. Nie sposób jej nie czuć, zwłaszcza jeśli się tu urodziło. Przenika podeszwy butów, a gdy już pokona tę pierwszą przeszkodę, wchłania się w ludzkie ciała wypełniając najpierw stopy, następnie żyły i tętnice, by zmieszać się z krwią tutejszych mieszkańców. W wielu przypadkach napotyka w niej dodatkową zaporę w postaci kilku promili alkoholu, ale i on nie jest w stanie skutecznie jej zatrzymać przed inwazją na resztę organizmu. W mgnieniu oka atakuje serca i mózgi, a wraz z nimi zatruwa umysły tutejszych nieszczęśników, którzy biernie godzą się z jej obecnością, bo w rzeczywistości nie mają większego wyboru. Zresztą ludzie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie wiedzieli, że są opanowani przez mroczną moc swojego miasta. Nikt z tubylców nawet nie próbuje zmusić przytępionego umysłu do wysiłku, który pomógłby im zrozumieć, co jest przyczyna znużenia życiem mieszkających tu ludzi, dlaczego w tej pruskiej niegdyś osadzie zasługi nie dają majątku, a próżność przebiera się w drogie ubrania, wierności przyprawiane są rogi, zbrodnia pomnaża zasobność kont bankowych, prawdziwą siłę niszczy przemoc, głupota za mądrość jest brana, a doskonałość niszczona oszczerstwem.

Noc. Ściany pokoju spowite kirem. Ledwo widzę sprzęty, zresztą doskonale znam ich położenie, w końcu od urodzenia był to mój pokój, ale szczegółów już nie dostrzegam - za ciemno. Leżę i uparcie wpatruję się w sufit, jakbym spodziewał się, że nagle jakaś boska ręka wyryje na nim złotymi literami mój scenariusz na kolejne dni, miesiące, lata. Nic z tego! Tylko chłodny blask bijący od ulicznych latarni. Prawdę mówią, że nadzieja jest matką głupich. Nie mogę uwierzyć, że znów tu jestem. Myślę o ostatnich latach, o tym, co sie wydarzyło, co mnie spotkało. Także w myślach sprządzam bilans, którego tak bardzo się bałem, przed którym uciekałem co sił w nogach - bilans tego, czego mogłem dokonać, a czego mi się nie udało dokonać. Niestety, jakkolwiek nie patrzyłbym na swoje dotychczasowe życie, wynik podsumowań, czy mnie się to podoba czy nie, jest dla mnie niekorzystny. Próbuję zasnąć. Na siłę zaciskając powieki, zastanawiam się już tylko nad tym, ile czasu zajmie mi przyznanie się do klęski.