... w jednej z moich potocznych i co dzień zaznawanych epifanii, kiedyś mianowicie, po ujrzeniu na rogu Gdańskiej i Sikorskiego najdoskonalszej kobiety świata; kiedyś - dokładnie mówiąc - pewnego majowego gorącego popołudnia, gdy już miałem gnać za wyłaniającymi się z granatowej bluzki i opalizującymi jak mleczna nestle ramionami; gdy już - szczerze powiem - za nimi gnałem; gdy lada chwila miałem zmienić postać i stan skupienia i stać się kroplą potu na oddalających się plecach przypadkowo ujrzanej arcypiękności - nagle mi olśniło. Nagle stanąłem jak wryty, nagle odpuściłem pogoń, nagle na powrót stałem się sobą... Po odwróceniu się od oślepiajacego słońca w tej dziewczynie dostrzegłem D. Moja osobowość, dusza ma po raz kolejny skuliła sie, jakby dostała silny cios w brzuch. Trudno jest zapomnieć o kimś, kogo spotyka się co pewien czas. Fakt, że wpadam na nią przypadkiem dwa, trzy, góra cztery razy w roku, ale jak widać i to jest za wiele.
Jak wygląda "życie według Gabrego"? Jest przede wszystkim domeną przypadku, a każdy dokonany w jego trakcie wybór determinuje inny kształt przyszłości. Tak było z D. Było w niej coś, co kazało mi się zastanowić nad samym sobą, moim życiowym wyborem. Jej subtelność bardzo różniła się od tego, z czym obcowałem na co dzień... wtedy nagle ona, jakby pauza we wszystkim, stop-klatka, zatrzymanie życia... W Krótkim Mieście zawsze kręciło się wiele dziewczyn, których głównym zajęciem i jedyną umiejętnościa było odsłanianie części ciała i wystawianie ich na żer chłopców. Całkiem jak pokazujące się czasem w telewizji i zrobione na gwiazdy młode dziewczyny, które w estradowych kreacjach, wydekoltowanych sukniach, ostrych makijażach i sylwestrowych fryzurach wyglądają jak pensjonariuszki ekskluzywnego burdelu dla zamożnych pedofilów. Krótkie spódniczki, odkryte nogi, głębokie dekolty, nagie brzuchy, wreszcie wyeksponowane w klapkach stopy z pomalowanymi w najdziwniejsze wzory paznokciami - cały ten żałosny obraz cuchnął płytkością, tandetą, latem trudno jest tu znieść codzienną kanonadę w sklepach, w parku, na peronach, wszędzie. Dziewuchy te nie mogą pojąć, że przesadna troska o wygląd z czasem nieubłagalnie wiedzie do kurewskiego visage`u. Na szczęście, pod tym względem, trochę lepiej było w liceum, w którym i przez które zniszczyłem sobie życie. Ponury gmach z czerwonej cegły do dziś jest jedynym budynkiem w mieście, który omijam szerokim łukiem. Stoi na Piłsudskiego. Myślę, że to tam, w I Liceum im. Stefana Żeromskiego w Krótkim Mieście, wstąpiłem w upokarzający i pełen spektakularnych porażek okres dojrzewania. Przeklęty gmach został postawiony przez hitlerowskie szuje grubo przed ich hucznym końcem. Tuż obok rzymskiej jedynki powinien mieć w nazwie Liceum Nastoletnich Męczenników, a nad wejściem wypisane, najlepiej czcionką gotycką, hasło: "Porzyćcie wszelką nadzieję ci, którzy tu wchodzicie". To liceum wpisało się w mój życiorys trzema szóstkami. Jedynym pozytywem, jaki wiąże się z tym miejscem, to fakt, że własnie tam spotkałem D., tam dowiedziałem się o jej istnieniu. Choć właściwie to zarazem plus, jak i minus.
Byłem w trzeciej klasie liceum, a ona w pierwszej, ja w klasie z rozszerzonym profilem nauczania języka angielskiego i historii, ona - języka niemieckiego, kiedy nawiązałem z nią kontakt. Nie było mowy o ludzkim sposobie komunikowania się, skoro dorastałem w erze komputera i komunikatora internetowego. I na tym mógłbym już zakończyć historię naszych rozmów. Płytkie notki w niewielkiej tabelce na monitorze komputera musiało mi wystarczyć. Ale siły witalne tak niezbędne mi do wegetacji czerpałem z patrzenia na nią. Dziś, kiedy jestem już po studiach, widzę ją jeszcze rzadziej. Wiem, że nie można oczyścić się z myśli o niej. Oczyścić się także od jej widzenia, bo przecież wciąż widzę D. Zakręt na licealnym korytarzu, ciemno, kłębi się kurz, ona tam siedzi, ubrana na ciemno, skromna, ale elegancka, cicha, ale zwracająca moją uwagę, przeglada zeszyt, przygotowuje się do sprawdzianu lub odpowiedzi. Zalśniły włosy, poruszyła głową, a ja spłoszony tym ruchem, jak najszybciej odwracam się i odchodzę... Zapamiętałem ją jako posiadaczkę czystego, aksamitnego głosu. Uświetniała nim tragicznie nudne uroczystości szkolne ku pamięci jakiegoś powstania, które oczywiście zakończyło się klęską, wybuchu wojny bądź uchwalenia konstytucji. Tylko dzięki niej mogłem wytrzymać na takim spędzie uczniów w ciasnej sali. Powinienem jej za to podziękować.
Swoją obecnością - dziwną, na pół realną wskutek kontrasu między nijakością postaci i miejsca a prezentowanym przez nią mistrzostwem - poruszyła mój umysł i długo wywoływała potok trudnych do uspokojenia myśli. Z całą pewnością mogłaby być wielką artystką. Śpiewała spokojnym, nie za silnym głosem, dostosowanym w sam raz do rozmiarów sali, a w jej głosie wyczuwało się rezerwę na największe nawet sale koncertowe. Absolutna muzykalność, cudownie miękki głos, czysty i bogaty w brzmienia. Utworom nadawała jakąś własną, niepowtarzalną urodę. Gdy na nią patrzyłem, gdy wsłuchiwałem się w jej głos, ogarniała mnie wielka radość, jaka zawsze towarzyszy stworzeniu arcydzieła, kidy już wcześniej zapłaciło się wielokrotnym zwątpieniem. Słuchając jej śpiewanie wydawało się takie łatwe - wystarczy przecież tylko otworzyć usta i wydobywać z siebie głos. Wiele bym dał, aby mieć jej nagrania. Odtwarzałbym je nieczęsto jak największy rarytas, pieczołowicie dbając, aby przez prostacką zachłanność nie zubożyć subtelności doznań.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Pierwszy przystanek za moim osiedlem, po lewej biedrona, po prawej dziupla z częściami do samochodów. Do miejskiej limuzyny, która mnie bujała, wsiadła zezowata kobieta. Jej twarz pokrywał ostry prowincjonalny makijaż. Baba rozwiązała problem pechowej liczby pasażerów - była czternasta.
Ostatnie lata upłynęły mi na zastanawianiu się, jak wygląda danego dnia, jak ma ułożone włosy, a miała je wyjątkowo boskie, jakie dłonie, co wtedy było można zobaczyć w jej spojrzeniu. Mało o niej wiem, prawie nic. Same drobne informacje. Być może dlatego właśnie nie powinienem pisać o niej. A jednak robię to, może z czystej przekory. Rozmawiałem z nią twarzą w twarz tylko dwa razy. Najwidoczniej uznała, że na tyle tylko zasługuję. Przez długie miesiące, jeszcze w liceum nie zauważyłem, żeby spotykała się z kimś. Ale czas mi uświadomił, że to była tylko moja niedoskonała obserwacja, uczyłem się dwa lata wyżej niż D., widziałem ją tylko na schodach szkoły, korytarzach liceum, zatem bardzo możliwe, że była z kimś, tylko mnie wtedy niewiele to obchodziło. Dla mnie istniała sama, bez osób towarzyszących jej. Nieraz obiecywałem sobie, że nie będę wracał myślami do D. Oto właśnie skutki mojego postanowienia... Być może właśnie dlatego piszę teraz o niej na przekór sobie, na przekór zmarnowanemu czasowi i studiom, które okazały się niewypałem.
Jedno spotkanie uświadomiło jej, że jestem pyłem, na który nie zwraca się uwagi, a mnie, że nie mam najmniejszych szans. I rzeczywiście, wkrótce okazało się, że moje podejrzenia miały solidne uzasadnienie - D. skierowała swoje uczucia w kierunku osobnika legitymującego się biblijnym imieniem i noszącego historycznie brzmiące nazwisko. Egzotyczne połączenie. A jakis czas później odszły mnie słuchy, że D. związana jest z jakimś wyrośniętym zapuszczonym grajkiem, któremu szarpanie strun gitarowych w zakurzonej piwnicy zastępuje wielką karierę metalowca. ... Najwyraźniej jestem za cichy, nie przypominam dzikusa, a może po prostu beznadziejność wycisnęła na mnie piętno widoczne gołym okiem. Chyba dlatego nie utrzymujemy dziś żadnego kontaktu.
Gdyby ktoś zapytał mnie, jak powinna wygladac dziewczyna idealna, odpowiedziałbym jednym słowem - D. Natknąłem się na nią niedawno w Krótkim Mieście. Schemat był ten sam, co zawsze: idziemy w przeciwne strony tym samym chodnikiem w odległości kilkudziesieciu metrów; rozpoznajemy się wzajemnie, ona - jeszcze daleko ode mnie - odwraca na chwilę głowę, moja osoba zarysowuje na tej pięknej twarzy zrezygnowanie i zakłopotanie, jakby chciała zapytać kogoś idącego obok niej, dlaczego to znów mnie spotyka, zbliżamy się, w mgnieniu oka pojawia się wymuszony uśmiech, a gdy już jesteśmy obok siebie, wypowiadamy półgłosem "Cześć". Mijamy sie nie mówiąc nic więcej... Odchodzimy...